Odmienić czyjeść życie - część pierwsza
31 komentarzy | Co z tą Polską?, życie 26 grudnia 2008, 11:56:53
Od dłuższego czasu zbierałem się, aby komuś pomoc. Pomóc, ale tak naprawdę. Wkładając w to wysiłek i serce. Dwa dni przymusowego, przedświątecznego urlopu stało się dobrą okazją do zrealizowania tego celu.
Etap pierwszy - zrobić paczki z żywnością. Etap drugi - nie poprzestać na doraźnej pomocy.
Pracuję w fabryce, w której w dziale produkcyjnym jest niebywale duża rotacja ludzi. Wielu przychodzi na próbę, niewielu ją potrafi przetrwać. Ludzie przychodzą - na dzień (sic!) lub na tydzień pracy, po czym znikają. Ci wytrwali potrafią przetrwać nawet okres próbny trwający 3 miesiące. Tylko nieliczni zagrzewają stanowiska.
Pomyślałem, że mojemu potencjalnemu podopiecznemu oprócz żywności podaruję możliwość pracy. Podaruję oczywiście w cudzysłowu, bo kierownikiem jest ktoś inny.
Kim miałby być mój podopieczny? Nikim. Zwykłym biedakiem grzebiącym w śmieciach.
Etap pierwszy
Należało zdobyć coś pożywnego i zdrowego. Z jednej strony miałem problem studenckiego budżetu a z drugiej strony dylemat, czy kupić coś wartościowego, czy taniego. Czy osoba bezdomna poczuje różnice między tanim a drogim jedzeniem?
Zdecydowałem się na sypnięcie groszem i kupieniem dokładnie tego samego co ja jadam, a nawet więcej. W skład mojej paczki weszły:
- Filety śledziowe w śmietanie Marinero 800 g
- Mały chleb krojony z sezamem z piekarni Schmit
- Woda niegazowana Cisowianka 1,5 l
- Sok pomarańczowy Costa 2 l
- Mój szprotowy MIX. Bardzo pożywny.
- Strucla Jabłkowa od firmy OSCROBA
- Czekolada orzechowa/mleczna Alpengold/Goplana
- Szczoteczka do zębów oraz pasta Colodent
Udało się! W paczce znalazło się coś pożywnego i zdrowego, na słodko oraz środki higieniczne. Nie mogłem pozwolić, aby mojemu podopiecznemu śmierdziało z ust podczas rozmowy z kierownikiem zakładu.
Przyznam szczerze, że gdy zapakowałem jedzenie w trzy reklamówki, poczułem małą dumę.
(Gdyby ktoś chciał zrobić identyczną paczkę, może zerknąć na cennik poszczególnych produktów.)
Etap pośredni - zmiana targetu
Moja matka, gdy tylko dowiedziała się, co zamierzam, zaczęła mi odradzać obdarowywanie typowych żuli grzebiących w śmietnikach. Mówiła, że ci ludzie to alkoholicy, którzy tylko gdyby chcieli, znaleźliby pracę, a tak żyją z dnia na dzień. Poradziła mi dostarczyć pakunki do Domu Świętego Brata Alberta. Pierwsza myśl? Aha! To tam gdzie organizują kursy Mandrivy i OpenOffice.org dla bezdomnych! Druga myśl - to wcale niegłupi pomysł!
Szybkim rzutem hasła w google odnalazłem stronę Domu Brata Alberta wraz z adresami. Kolejnym szybkim rzutem, tym razem w Wikipedii, odnalazłem artykuł poświęcony tej osobie i zaznajamiałem się z jej życiorysem - pomyślałem, że "wypadałby wiedzieć" - chociaż do tej pory nie wiem po co.
Etap drugi - niezrealizowane plany
Był 24 grudnia. Dochodziła 10. Szybkim tempem dojechałem pod ośrodek dla mężczyzn.
Do oddziału kobiecego miałem bliżej, ale moje powątpiewania co do przyjęcia kobiety na stanowisko produkcyjne w fabryce było tak duże, że zmieniłem ośrodek. Po tej decyzji czułem się jak szowinistyczna świnia, która odbiera człowiekowi możliwość wyjścia z bezdomności tylko dlatego, że ma pochwę.
Zapukałem. Drzwi otworzył "pensjonariusz". Poprosiłem o wizytację u kogoś w biurze, która oczywiście została spełniona.
Mym oczom ukazał się młody, wysoki, dobrze odżywiony i bardzo dobrze ubrany pracownik. Byłem zaskoczony, że ktoś tak niepasujący do bezdomnych pracuję w takim ośrodku. Co prawda, jadąc tam, oczekiwałem rozmowy z osobą świecką, a nie z zakonnikiem, jednak nie byłem przygotowany zobaczyć pracownika biurowego w tak dobrym stanie.
Zacząłem rysować w powietrzu moją wizję pomocy. Opowiedziałem, że oprócz doraźnej pomocy w formie jedzenia chciałbym pomóc komuś znaleźć pracę, by ten, zamiast później przyczepić się do darczyńcy i pasożytować, wziął się do roboty i wyszedł z dołka.
Opisywałem jak działa fabryka i w jakiej konkretnej części miasta leży. Opisałem, na czym ta praca polega i w jakich warunkach się pracuje. Starałem się przekazać całą zgromadzoną a niej wiedzę: gdzie leży, jacy są ludzie, w jakich godzinach się pracuje, w jakich warunkach, jaka płaca itp.
Kiedy już mu wszystko opowiedziałem, ten przyznał się, że jest nowy i... wezwał panią Basię, której musiałem wszystko opowiedzieć od początku.
Gdy i ona usłyszała moją opowieść, oznajmiła: "W tym ośrodku mamy 35 mężczyzn, z czego 80% to byli alkoholicy" (wcześniej dopowiedziałem, że w fabryce nie może pracować człowiek uzależniony od alkoholu). Dodała: "z czego 60% to ludzie z grupami inwalidzkimi, niemogącymi podjąć pracy". Zatkało mnie. Oczekiwałem przypadku, w którym facet został okradziony przez żonę ze wszystkich oszczędności i z rodziny. Faceta, któremu po prostu podwinęła się noga, a który chciałby wrócić do życia społecznego. Jakiegokolwiek przypadku tylko nie alkoholików ciągnących zasiłki.
Kontynuowała: "Jest tu taki pan, który jest zbyt leniwy, aby zmywać naczynia i przynosi mi L4 choć ja mu nie płacę za zmywanie". Dalej mówiła: "Jesteśmy wdzięczni za te dary, ale ci ludzie mają co jeść. Mamy tutaj kuchnię, a ci panowie dostają niemałe pieniądze od państwa (jakieś 230 złotych, z czego 73 złote zabieramy na utrzymanie ośrodka)".
Weszła jakaś ładna dziewczyna ubrana w jeszcze ładniejszą zieloną spódnicę i płaszcz (Odzież? Nie zwróciłem nazbyt uwagi, co to było). Przysłuchiwała się i wymieniła kilka zdań z panią Basią.
A co z pozostałyby 20% zdolnymi do pracy? - Zapytałem.
Mamy tutaj takich czterech panów. U jednego niedawno wykryto wadę serca i właśnie się leczy, więc odpada. Jeden jest tutaj nowy i dostał przepustkę na święta, nie znamy go jeszcze dobrze. Pozostali dwaj nie będą chyba zainteresowani, ale przedstawimy im pańską propozycję. Mieliśmy przypadek, że jeden z panów poszedł pracować jako ochroniarz. Wystawiłam mu dobra opinię, a on po dwóch dniach wrócił pijany do ośrodka i krzyczał, że to koniec roboty. Problem polega na tym, że ci ludzie wolą dostawać 230 złotych za siedzenie na tyłku niż 1200 złotych za pracę. Drugim problemem są pieniądze. Osoba, która zaczęłaby zarabiać 1200 zł, musiałaby oddawać 300 złotych na ośrodek, a nie 73 złote jak dotychczas. Wybuchałyby wojny, że ktoś płaci więcej niż reszta. Oni tego nie rozumieją. Kolejnym problemem są pieniądze, które im zostają. Bardzo wielu ludzi po prostu je przepija, a potem nie wraca do pracy.
Z minuty na minutę byłem coraz bardziej zrezygnowany. Nagle wszedł jakiś wysoki mężczyzna. Znowu dobrze ubrany. "O! Pan kierownik przyszedł!" - krzyknęła pani Basia.
Zacząłem spoglądać na tych biurokratów, na bezdomnych i na siebie. I odkryłem ciekawą rzecz. Wcale nie byłem tak dobrze ubrany, jak oni, a właściwie to wyglądałem jak człowiek klasy czy dwóch klas niżej. Czas chyba zmienić pracę i przerzucić się na "płatny wolontariat". Tak czy siak, wychodząc, chciałem spytać: "Czy państwo pracujecie tutaj, bo chcecie pomagać ludziom, czy po prostu było wolne stanowisko?", lecz się powstrzymałem. Jasne, że w takich ośrodkach nie muszą pracować nędzarze, ale... po prostu mi to nie pasuje. Uważam, że jest to niezgodne z postawą Brata Alberta.
Kierownik stanął w drzwiach a pani Basia pokrótce wyjaśniła, z czym przyszedłem. Gdy skończyła, ten się zaśmiał. Tak po prostu! Nie był to złośliwy śmiech, ale podziałał bardzo demotywująco.
W jego prywatnym gabinecie musiałem trzeci raz opowiedzieć to samo. Nie dowiedziałem się tam właściwie już niczego nowego. Usłyszałem jedynie: "Mamy wiele programów, działamy zgodnie z przepisami, a ci ludzie, gdyby chcieli naprawdę wyjść z bezdomności, zrobiliby to bo mają ku temu wiele okazji. Im się po prostu nie chce, bo mają tutaj za dobrze i nic nie muszą robić." Po całkowitym zdołowaniu mnie dodał: "W poniedziałek organizujemy koło, na którym spotykamy się wszyscy i przedstawiamy różne możliwości wyjścia z bezdomności. Przekażę pana propozycję dwóm osobom, które uważam, są zdolne do wykorzystania tej możliwości".
Końcówka
I wtedy zapytałem czy mogę przyjść na to zebranie. Może pan. Zapraszamy". - usłyszałem odpowiedź.
Zostawiłem swoje dane osobowe, adres fabryki i dane kierownika. Poprosiłem, aby mailowo informowali mnie co się dzieje. Jeśli znalazłby się chętny do pracy, mogę mu zawsze doradzić, podać kilka wskazówek, przypilnować...
Zdołowany zostawiłem swoje paczki w schronisku dla alkoholików ciągnących zasiłki - czyli trafiły do ludzi, którym bym nic nigdy w życiu nie dał. Miałem poczucie spieprzenia misji. Poczucie, że żywność nie trafiła do ludzi potrzebujących. Już lepiej było je przekazać oddziałowi dla matek z dziećmi, które były maltretowane przez mężów, ale przecież nie zabiorę jedzenia bezdomnemu, któremu 40 minut temu je podarowałem.
Wracam do domu. Przed blokiem robię zatoczkę samochodem i widzę żuli grzebiących w śmietnikach. Co za szczęście! - pomyślałem ironicznie - całe dnie wypatrywałem żuli i żadnego nie spotkałem, a teraz jest ich na pęczki. Już lepiej było takiemu podarować to jedzenie aniżeli facetowi dającemu L4, gdy nie chce zmywać brudnych naczyń.
Nakarm świnkę!
Dziękuję za przeczytanie wpisu! Jeśli Ci pomógł lub był wartościowy w jakikolwiek inny sposób, rozważ proszę dotację. Kopsnij trochę grosza!

Dołącz do toczącej się dyskusji!
Możesz śledzić komentarze czytelników przez RSS , napisać, co o tym wszystkim sądzisz lub zostawić ślad prowadzący do Twojej strony.
26 grudnia 2008, 12:41:24 thot22003
aby widziec komu na prawde potrzebna jest pomoc, trzeba wejsc w srodowisko tych ludzi.
jesli sami nie beda chcieli czegos zmienic to nawet zalatwienie im pracy nic nie pomoze. pochodzi taki kilka dni i stwierdzi, ze mu sie nie chce. bo lepiej wstac o 12 niz o 6 rano. a i tak przezyje, bo naje sie w osrodku pomocy, tam go ubiora, a za troche kupi alkohol.
wiekszosc ludzi nie chce pracowac, bo latwiej jest dostawac pieniadze od panstwa. tez to przerabialismy. to o czym ci pracownicy mowili jest prawda. ludzie ktorzy od lat nie pracuja i utrzymuja sie z panstwa staja sie obojetni i rozleniwiaja sie. dfo tego latwo wpasc w uzaleznienie, bo czas szybciej plynie, jesli sie ktos upije do nieprzygtomnosci
moim zdaniem, moglbys zapytac twojego ksiedza proboszcza, komu bys mogl pomoc. on najlepiej bedzie wiedziec, kto faktycznie potrzebuje pomocy, w koncu ksieza chodza co roku na kolede i widza komu i jak sie powodzi. w mojej parafii codziennie ktos puka i prosi i zywnosc. ksiadz sam to mowil. nie daje pieniedzy, bo wie, ze niektorzy to przepija. daje zywnosc: chleb, bulki, make, cukier i inne produkty, ktore mozna dluzej przechowywac. ktos, kto faktycznie potrzebuje – wezmie. ci, ktorzy licza na pieniadze na (na alkohol) – odchodza.
26 grudnia 2008, 13:25:18 BratCzłowiek
Witaj
nie wyrwie ich ze świata ulicy… gdzie jest im mokro i zimno. Znalezienie pracy to wspaniała pomoc dla kogoś takiego. Pamietaj Bracie że pomagać mozna nie tylko za pomocą portfela.. Dzięki temu co zrobiłes wsbudziłes we mnei ogromny szacunek. Nie poddawaj sie nie gaś ognia który w tobie płonie 
Zawszze gdy jestem świadkiem prawdziwego dobra innych ludzi to strasznie mnie to wzrusza i z trudem powstrzymuje łzy.. Czuje wtedy ze nie tylko ja walcze o to by ten świat stał sie lepszy. Jak dla mnie wcale nie „spieprzyłeś misji”. Poprostu za pierwszym razem nie do końca wyszło tak jak byś chciał.. Ja tez pomagam ludziom.. zwykle staram sie wspierać ich swoją mądrością bo juz dawno zauważyłem że pewne sprawy rozumiem lepiej niz inni. Wielu juz pomogłem chociaz nie zawsze mi sie to udało.. Wydaje mi sie że gdy w gre wchodzą pieniądze to trudno jest nie zostać oszukanym… trzeba miec doświadczenie wiedziec jak mysli bezdomny czy alkoholik. Ja miałem szczęście poznac kilku bezdomnych. I wiem że kazde pieniądze przeznaczą na narkotyki (w tym alkohol). Własnie dla tego ze taka bułka czy twoj szprotowy MIX
Pozdrawiam
26 grudnia 2008, 14:06:16 Marcin Łuniewski
No, takich ludzi potrzeba nam więcej :] Teraz już wiesz, że margines jaki został opisany nie zasługuje na pomoc :] Trzeba poszukać innych sposobów dotarcia do potrzebujących. Szczerze mówiąc, to według mnie łatwiej znaleźć takiego pośród żuli grzebiących w śmietniku z przymusu a nie wyboru niż w ciepłym schronisku.
26 grudnia 2008, 15:25:44 aliceq
To może następnym razem wpadniesz do ośrodka dla kobiet, które uciekły od żuli z dziećmi?
26 grudnia 2008, 18:34:01
quest
aliceq, jeśli ci ludzie odrzucą moją pomoc, pewnie tak zrobię. Zapytałem o to w ośrodku dla mężczyzn i powiedziano mi, że jest tam taka sama sytuacja, jednak z drobną różnicą. Na cały zakład są dwie Cyganki, z czego jedna dobrowolnie się uczy i chce wyjść z tej bezdomności. Tutaj dochodzi jeszcze dziecko, które może mieć od dwóch do pięciu lat.
26 grudnia 2008, 21:00:11 Gancuś
Ja ostatnio zagadałem do pana który grzebał w koszu za alumem i kulturalnie wskazałem miejsce gdzie młodzi regularnie piją (skatepark) i z poradą żeby otworzył tylnią klapę rampy, gdzie w środku znajdzie taką ilość butelek jaką w życiu nie widział.
Chłop się ucieszył, pobiegł do miejsca które mu wskazałem… i więcej go nie widziałem.
27 grudnia 2008, 03:54:58 All
Aha, a na co liczyłeś?
27 grudnia 2008, 07:04:43 alabama
Człowieku,widać,że masz dobre serce,ale ja wolę pomóc głodnym zwierzętom,niż takim zapijaczonym mordom.N a drugi raz,kup karmę dal zwierząt i zawieź do schroniska,a nie śledziki na zagrychę alkoholikom.
27 grudnia 2008, 10:19:44 Ja
Jest wiele sposobów by pomóc ludziom. Może nie zmienisz ich życia, ale sprawisz że będzie bardziej znośne. Możesz zostać „bratem” dla dziecka z domu dziecka, porozmawiać i wesprzeć kogoś z hospicjum czy też pomóc starszej, samotnej osobie zrobić zakupy.
Pozdrawiam i życzę dużo dobrego.
27 grudnia 2008, 11:22:33 Merl
Masz u mnie naprawde wielki respekt za ten twoj pomysl. Sam nie raz o czyms takim takim myslalem ale nigdy „nie wyszlo” to poza moja głowe. Nie wiedzialem od czego zaczac itd.
27 grudnia 2008, 13:01:12 kaz
Masz u mnie plus
27 grudnia 2008, 13:10:25 witek
Tak to jest z bezdomnymi. Większość to alkoholicy. Ale sam kilku poznałem i to są miłe osoby, lecz nie chcą, aby im pomóc. Zazwyczaj piją, piją, aż się przepiją. Taka osoba potrzebuje wsparcia najlepiej rodziny i mieć silną wolę, wtedy rzuci nałóg i nie będzie jej dawać paczek z żywnością.
Może jeśli chcesz pomóc, pogadaj z jakimś gościem, dowiedz się coś o jego rodzinie itp. ;/
Pozdrawiam
27 grudnia 2008, 13:16:22 milosz
no, Brat Albert dostał w gębę od jednego z gości, którym rozdawał chleb. Ale mimo to nie zrezygnował, bo wiedział, że bezdomni są z tej samej co my gliny ulepieni (czyt: nie są aniołami, ale cwaniakami i kombinatorami!
. Ty póki co „gębę” masz całą??

uważam, że to ekstra pomysł i myślę, że zrobiłeś, co uważałeś za najlepsze. reszta zależy nie od Ciebie, więc chyba bez sensu jest się dodatkowo tym przejmować. ja się cieszę, że są ludzie (na szczęście jest ich więcej, niż się kiedyś spodziewałem), od których uczę się, że można patrzeć poza czubek swojego nosa
pozdrawiam!
27 grudnia 2008, 15:22:25 iiiiii
niech sie kazdy zajmie odmienianiem swojego zycia:P
a jesli juz czujesz taka potrzebe zeby odmieniac innym to aby sie nie rozczarowac co do odzewu moze lepiej zapytac najsampierw kto ma na to ochote i na co wlasciwie? a jesli zgadywac w tym przypadku to sam raczej bym strzelil z dwie, trzy kraty wina, niekoniecznie wytrawnej odmiany;P po krotce: najpierw wywiad, pozniej akcja glupaku;P
aj, bym zapomnial, slij piniondze;D
27 grudnia 2008, 15:52:33 tinuviel
Moje doświadczenie w pomocy potrzebującym z tego roku jest na szczęście zupełnie inne. Razem z moją klasą w liceum zaanażowaliśmy się w akcję „szlachetna paczka” – http://szlachetnapaczka.pl/ Akcja była bardzo dobrze zorganizowana; do potrzebujących rodzin przed świętami jeżdżą wolontariusze i spisują jakie rodzina ma potrzeby. Zwykle jest to żywność i środki czystości, czasem jakieś meble. Następnie te rodziny są wpisywane do bazy danych, z której później wybiera się rodzinę, ktorej jest się w stanie pomóc. Najlepiej zebrać taką paczkę z rodziną, znajomymi, żeby jak najbardziej spełniała potrzeby danej rodziny. Jak dokładnie działa akcja można przeczytać na stronie
Udało mi sie osobiście pojechać do rodziny by dać im 5, czy 6 wielkich pudeł kartonowych z zabawkami, spożywką, środkami czystości, zeszytami dla dzieci itd… Widok tych ludzi cieszących się z otrzymanej paczki jest nieopisany. Na przyszły rok polecam wszystkim zaangażowanie się w tą akcję, zorganizowanie grupki osób w rodzinie, szkole czy pracy i przyszykowanie paczki dla konkretnej rodziny. Jeśli paczkę przygotowywuje więcej osób koszty jednej osoby okazują się małe, a korzyści biednych rodzin, które często żyją w na prawde ciężkich warunkach są na prawde duże (dla przykładu wybrana przez nas 5 osobowa rodzina mieszka w starym 2-pokojowym domku bez bieżącej wody). „Szalchetna paczka” daje pewność że pomoc sie przyda w 100% bo przecież kupujemy właśnie to czego rodzina potrzebuje. Zachęcam wszystkich do udziału w przyszłym roku!
27 grudnia 2008, 16:37:06 Thad
Niestety tak jest. Większość z tych żuli z odpowiednimi chęciami mogli by wyjść na własne. Tylko właśnie chodzi o ich postawę. Mogliby się umyć i ubrać w czyste ciuchy, pójść na rozmowę o prace. „Aj bo to nie ma sensu”, „Nie ma szans”. Jak jest sama i nie musi o nikogo dbać to sobie poradzi by coś zjeść i się napić. Ale chylę czoło przed tobą za próbę pomocy. Więcej ludzi powinno być zaangażowanych w społeczeństwo.
27 grudnia 2008, 16:53:34
zergu
„a ci panowie dostają niemałe pieniądze od państwa (jakieś 230 złotych, z czego 73 złote zabieramy na utrzymanie ośrodka)” — no tak, witamy w państwie socjalistycznym. I przede wszystkim nie od państwa, a od nas, podatników. Także chcąc, nie chcąc, wszyscy tamtym ludziom (darmozjadom?) pomagamy.
27 grudnia 2008, 19:42:57 adam
Alkoholicy i inni nalogowcy – bezdomni sa bardzo trudna grupa ludzi. Wiele osob napisalo, ze mogli by z tego wyjsc gdyby tylko chcieli. Proponuje obejrzec film „Wszyscy jestesmy Chrystusami”. Co prawda glowny bochater nie jest bezdomnym pijakiem ale jest dobrym przykladem psychiki alkocholika z problemami emocjonalnymi. Wiekszosc jak nie wszyscy alkoholicy trafiaja na dno na skutek powaznych przejsc emocjonalnych. Nie chca wyjsc z nalogu poniewaz nie widza sensu normalnego zycia. Znaczna czesc pewnie myslala o samobojstwie ale nie byla na tyle silna by z soba skonczyc. Nie pisze tego dlatego, ze tak uwazam ale dlatego, ze znam ludzi z takimi problemami. Im zamiast przedmiotow, jedzenia czy ubran potrzebna jest dlugotrwala pomoc – zwlaszcza psychologiczna, nadzieja i milosc, osoba na ktorej bedzie im zalezalo i ktorej bedzie zalezalo na tym czlowieku. Inaczej mowiac sens zycia.
Twoj pomysl byl bardzo odwazny i w pewnym sensie skazany na niepowodzenie. Wydaje mi sie, ze byl to duzy krok w odpowiednim kierunku.
Sam mialem raz mozliwosc pomocy alkoholikowi lecz ztchorzylem. Nie tak sobie wyobrazalem pomoc osobie potrzebujacej. Myslalem, ze pojedynczy dar lub rozmowa zaltawia sprawe. Znacznie latwiej bylo by uzbierac pewna sume pieniedzy i kupic cos ale ten czlowiek potzrebowal bliskosci. A tak jedyna rzecza ktora byla blisko niego byla flaszka wodki! Nie mam w zwiazku z tym recepty na pomoc innym i konkretnego odbiorcy. Najlepiej gdy odbiorca bedzie przypadkowa osoba a my bedziemy czuli, ze zrobilismy wszystko co bylo w naszej mocy, bez wzgledu na zaplate jaka nas spotka.
Pozdrawiam,
Adam
27 grudnia 2008, 20:39:47 Asia
Quest – szacun dla Ciebie
Opowiem w kilku zdaniach, jak nam się udaje – gdyby ktoś chciał więcej info, poradę czy inne takie – zapraszam na maila:
jaabes (at) interia (.) pl
Nasza misja od 5 lat z kawałkiem zajmuje się pomocą ubogim i bezdomnym w Bydgoszczy. Średnio w miesiącu przychodzi do nas ok. 600 osób, a danego dnia maksymalnie 200. Prowadzimy stołówkę, w której wydajemy śniadania, a od nowego roku chcemy ruszyć z obiadami. Do tego organizujemy dla tych ludzi inne możliwości spotykania się – jest to czas nie tylko na posiłek, ale też na rozmowę – indywidualną, czasem w większej grupie. Przez te lata już całkiem spora grupa osób wyszła z bezdomności, alkoholizmu, biedy. W sumie ok. 80% ekipy usługującej to ci, którzy jeszcze niedawno sami borykali się z problemami. Dlatego proszę – nie piszcie, że nie można. Bo można..
a przy okazji – zapraszam na stronę naszej misji:
www.misja.betezda.jezus.pl
oraz do obejrzenia zdjęć z wieczerzy wigilijnej:
http://picasaweb.google.pl/j.fritzkowska/Wigilia2008?feat=directlink
Pozdrawiam wszystkich serdecznie!
28 grudnia 2008, 12:45:52 hi hi
Jestes paranoicznie skrupulatny, cennik w exelu mnie rozjebal, a zdjecia MIXu szprotowego dobily
Tylko nie odbierz tego negatywnie, fajnie ze sa ludzie ktorzy potrafia jeszcze zrobic cos od poczatku do konca dobrze.
28 grudnia 2008, 12:58:32 Err
Piękna postawa
28 grudnia 2008, 17:03:01 halina
(Komentarz zmodyfikowany 28.12.2008 o 22:47)
Ja urodziłam się inwalidką. Pracowałam w spółdzielni inwalidów. Mam najniższą rentę ale pracuję. Po zapłaceniu rachunków zostaje mi niewiele. Wiem co to alkoholik i nie rób len mój moz
28 grudnia 2008, 23:55:26
Koval
ha! wiedziałem! zawsze wiedziałem ze prawidłowo myślę. potwierdziłeś mi tym wpisem moje tezy, hipotezy, poglądy i przekonania o tym jak jest na prawdę. dziękuję. mogę spać spokojnie, napawać się moimi gadzetami, komputerem, wyciągiem z konta i marzeniami o przyszlych dobrach materialnych do nabycia w przyszłości
29 grudnia 2008, 13:03:38
Bandit
Wracając do syt, corocznie dawałem dyszke jakiemuś żulowi pod kościołem w świąteczną niedziele, w tym roku, tym razem „Za swoje” kupiłem Erykowi mustaka za 3,70zł. Jestem bardzo zły?
29 grudnia 2008, 14:20:51 SvisTu
Kiedyś też miałem taką chęć spełnienia dobrego uczynku – może nie w tak wspaniałomyślny sposób jak Twój ale chciałem przynajmniej takiego człowieka pokrzywdzonego przez los zaprosić na porządny obiad czy coś w tym rodzaju.
Ale kiedy to raz z ojcem pakowałem zakupy do samochodu pod marketem podeszła do nas taka starsza ‘bidulka’ i poprosiła o jakiś grosz na ciepły posiłek. Z racji braku czasu na spełnienie swojej misji po prostu z ojcem daliśmy jej jakąś gotóweczkę (nie było to coś konkretnego ale w barze mlecznym najadłaby się do syta i jeszcze by jej zostało).
Uradowany dobrym uczynkiem wróciłem do marketu pomoc matce w dalszych zakupach. Ojciec w tym samym czasie zorientował się, że brakło mu papierosów więc poszedł do okolicznej knajpki w celu zakupienia paczki.
Kiedy wracałem z kolejną serią zakupów (święta były chyba czy coś) zobaczyłem całego trzęsącego się tatę.
Zaintrygowany tym faktem zagaduję go co się stało na co on mi odpowiada że wchodzi do tej knajpy a ta sama babka którą wspomogliśmy zamawia sobie za nasze(!) pieniądze wódkę i pije z resztą lumpów.
Tragedia…
29 grudnia 2008, 14:27:15 thot22003
ja takich historyjek tez kilka znam:
moj brat urodzil sie w latach 80. z tej okazji wujek poslal z niemiec paczke z ubrankami dla dziecka. jak na tamte czasy to byl luksus, tym bardziej ze ubranka byly porzadne i zawze u nas znajomi i rodzina chetnie odkupywali dla swoich dzieci te ubranka. ale do drzwi zapukala kobieta z malym dzieckiem na rekach i poprosila o pieniadze na jedzenie dla siebie i dziecka. a ze moja mama wtedy nie pracowala i nie miala w domu pieniedzy, to postanowila dac jej cala torbe ubranek dla dziecka. kobieta wziela je i poszla. tego samego dnia moj tata przychodzac z pracy zdziwiony zapytal, czemu mama wyrzucila na smietnik te dobre ubranka.
podobnie bylo z jedzeniem, kiedy mama dala facetowi chleb a on go wyrzucil na klatce.
jesli ktos przychodzi po pieniadze na bulke i chce mu sie ukroic chcleba a on odmawia… to wcale nie jest glodny
29 grudnia 2008, 18:04:42
quest
Za bardzo narzekacie ludzie. To, że spotykamy pijawki żerujące na ludzkiej empatii nie oznacza, że nie warto pomagać innym. Idąc tym tokiem myślenia spokojnie możemy podłożyć ogień pod sejm bo „ja znam tylko historyjki o złych politikierach”.
Znajomość historyjek niczego nie dowodzi. Ja również je znam, a w życiu nie widziałem bezdomnego, który wyrzuciłby jedzenie.
Dzisiaj byłem na spotkaniu i rozmawiałem z jedną osobą, która chce pracować. Tak! Chce tego sama z siebie. Umówiłem się z nią na rozmowę z kierownikiem fabryki na 5 stycznia.
Ta opowieść będzie miała ciąg dalszy!
29 grudnia 2008, 20:31:32 J.
Muszę przyznać, że już samo przeczytanie tego wprawiło mnie w zadowolenie. Cieszę się, że istnieją jeszcze ludzie którzy chcą pomagać „sami z siebie”. Wraca mi wiara w człowieka
„Ta opowieść będzie miała ciąg dalszy” – zatem czekać jaki.. i oby pozytywny
31 grudnia 2008, 22:54:27 halina
Ja nigdy nie prosza o domoc nikogo za pare miesiecy benda miala 58lat i nikomu nie przyznaja sie czy mam chleb czy nie juz mam dosc takiego zycia jestem psychicznie wykanczana przez mojego meza ktury jest zdrowym czlowiekiem i nie pracuje bo jest len nie moga i chca odejsc z tego swiata
25 października 2010, 18:52:53 mama nikodemka
prosze o pomoc wielu ludzi dla mojej rodziny jestem na pierwszej grupie bo mam hemiodializy muj syn tesz ma 1 grupe i nie umimy otrzymac pomocy
20 grudnia 2011, 15:29:48 Marcin
Mam na imię … hmm, nie wiem czy to ważne, ważniejsze jest raczej to co doświadczyłem i doświadczam w życiu oraz kim jestem a kim chciałbym być w moim wieku. Urodzony w 1976 roku na wsi 3 km od miasteczka z ludnością 55000 mieszkańców (czyli nie metropolia) na podlasiu. Jak to zapewne wszyscy z mojego rocznika w wieku 6 lat poszedłem do podstawówki (klasy 0-8 dla dzisiejszej młodzieży wyjaśnienie), nie był to łatwy okres dla chłopaka z biednej rodziny- na pewno wiele osób wie o co chodzi. Wyśmiewanie: wieśniak, biedak itp. , no cóż z jednej strony była to prawda: pochodziłem ze wsi i wyszło tak że urodziłem się w biednej rodzinie- ojciec alkoholik (budowlaniec), matka niepracująca bo ojciec jej zabronił pracować. Chciał jak wraca do domu mieć obiad na stole- dopiero jak skończyłem podstawówkę poszła do pracy (sprzątaczka). Mam też brata młodszego o 2 lata, i tak to jako 4 osobowa rodzina mieszkaliśmy w jednym pokoju i kuchni- bez wody (wodę braliśmy od sąsiadów) i kanalizacji. Ojciec jak to alkoholik prawie co dzień wszczynał kłótnie, zawsze znalazł jakiś pretekst by pokazać kto tu „rządzi”, jako dziecko lubiłem jak przychodził do domu pijany- gdyż wtedy był uśmiechnięty oczywiście dopóki nie zaczął trzeźwieć. Często bywało tak że w dniu wypłaty nie wracał do domu tylko na drugi dzień prawie bez pieniędzy na życie. Więc by coś zjeść nie mówiąc o luksusie ubrania sprzedawało się makulaturę, butelki zaś latem chodziło się na zarobek -zbierać wszystko co rośnie: truskawki, maliny, jabłka… Czasami ojciec wyciągał ręce do nas, jak miałem około 14 lat by bronić matkę musiałem delikatnie mówiąc spacyfikować ojca. Po podstawówce przyszedł czas na pójście do innej szkoły, ze względu na moją „kieszeń” oczywiście poszedłem do zawodówki by jak najszybciej zarabiać pieniądze. Po 3 latach „nauki” a raczej chodzenia do szkoły ukończyłem naukę i znalazłem pracę, poczułem się jak dorosła osoba i myślałem że teraz już będzie inaczej czyli lepiej. Niestety myliłem się, nie doczekałem pierwszej wypłaty i wszystkie moje marzenia umarły w jednej chwili. Miałem wypadek…potrącił mnie samochód- skutkiem czego było złamanie kręgosłupa (odcinek szyjny) czyli paraliż od szyi w dół: brak ruchów, czucia, zupełnie jak to mówię efekt „obcego ciała”
…
Spróbuję opisać stan i uczucia jakie towarzyszą przy tym urazie; wyobraź sobie jak dotykasz swego biurka, wylewasz na nie gorąco herbatę i nic nie czujesz albo spróbuj poruszyć siłą wyobraźni firanki w oknie, już masz wrażenie że wykonują jakiś ruch, ale to tylko wrażenie. Tak samo jest ze sparaliżowanym ciałem masz je, lecz jednocześnie nie należy do Ciebie – po prostu jest jak żywa proteza. Tak właśnie żywa proteza tylko z jednym wyjątkiem, mimo braku czucia bodźców zewnętrznych odczuwasz straszny ból ich istnienia. Moje nogi, korpus i ręce bolały tak jakby płonęły, podobny ból do bólu zęba – tylko to odczuwało cale ciało. Poza tym gorączka około 40 st. i to co najgorsze BEZSENS ISTNIENIA – wiesz że przegrałeś/łaś życie, prosisz personel szpitala by zjeść, umyć się, wypróżnić czy nawet podrapać. Tracisz poczucie wartości/człowieczeństwa, jesteś tylko meblem który musi zaspokajać potrzeby fizjologiczne. Dlatego większość osób w tym stanie myśli o tym by skończyć ten byt, bezsens istnienia- myśli o Bogu i zadaje pytanie bez odpowiedzi… dlaczego ja?!
W moim przypadku było tak że po 4 miesiącach zacząłem ruszać rękoma, przywiązywano mi sztućce bandażami do rąk i mogłem sam zjeść
, a nawet się podrapać – czułem się „sprawny”. Fakt że to już nie ręce z przed wypadku, ale poruszam nimi i mają zastosowanie w codziennych czynnościach. Bilans czteromiesięcznego hospitalizowania to; utrata wagi z 90 kg. do 40 kg. (wzrost 183 cm.), odleżyna, utrata wiary ale odzyskałem ruchy w 30% górnych kończyn…czyli nie było źle. Po 4 miesiącach hospitalizacji na oddziale ortopedii trafiam na rehabilitacje (załatwiona – bo bez tego skończył bym w domu). Tu znów 4 miesiące; pionizacja ( bym mógł w ogóle siedzieć), i masa innych ćwiczeń – nie będę zanudzać, ważne jest to z całej tej rehabilitacji że poznałem fajnych ludzi. Po pobycie w szpitalach nadszedł czas powrotu do domu – nowy rozdział w nowym życiu, zetknięcie z realem…prawdziwym życiem i problemami prawdziwego bytu.
Leżąc w szpitalu pamiętam jak na obchodzie jeden z dr. powiedział swoim studentom że „ten pacjent już nie powinien żyć…ale jego dni są policzone”, myślał że śpię. Wzbudziło to we mnie złość – ale pozytywną złość, obiecałem sobie że będę żyć bo mam jeszcze dużo do zrobienia. Też jeszcze jedna ważna sprawa/wydarzenie, byłem w śmierci klinicznej…nie widziałem tunelu, światła itp., ale czułem to coś: zapach i to uczucie – którego nie potrafię wyrazić słowami. Powiem tylko jedno wiem i jestem tego świadkiem że ten świat to tylko początek prawdziwego bytu i to bytu spełnienia oraz dopełnienia wszystkiego! Podkreślam to w tym blogu gdyż to będzie miało wpływ na moje decyzje i zarazem życie w dalszym opisie mojej historii . . .
Zapraszam na: www.e-real.blog.pl
Przeczytaj i poleć innym...
Dodaj komentarz