Nieprawdopodobne walki Questa z cygańską mafią.
4 komentarze | Humor, życie 16 sierpnia 2009, 00:11:58
12.08.09
Targowisko w Zabrzu zajmuje obszar niemały oraz nieciekawy. Tabuny kurzu oraz toczące się krzaki rodem z westernu przewijają się po pokątnych ścieżkach. Nieprzyjemny pył zapycha dziurki u nosa. Krzaki plątały się pod nogami, uniemożliwiając normalny chód. Obecny dzień w wyjątkowy sposób skupił wiele niezwykłych osobliwości. Można było spotkać, co jest rzeczą niecodzienną, wielu Cyganów, którzy właśnie w tym dniu wyszli ze swoich gett. Czekoladowe kropki połyskujące złotymi wisiorami i bransoletami zalały targ..
Wyruszyłem w głąb targowiska z misją odszukania mojego Firefoksa. Tylko na jednym stoisku znalazłem dobrze wygarbowaną lisią skórę, ale zbyt wyliniałą. Wyruszyłem dalej, jeszcze głębiej, i głębiej, i głębiej, zanurzając się w ciemności. Na mojej drodze stanął najeżony kocur-dachowiec. Kocur ów był zaniedbany, miał czarną przypaloną sierść, otwarte rany, z których sączyła się ropa, skaczące pchły, ale też wielkie, i intensywnie niebieskie ślepia. Przegoniłem dachowca machając na niego ręką i powtarzając "sio, sio, sio!". Kot jeszcze bardziej się zjeżył, ale ustąpił drogi.
Na uliczkach widać było dziwne poruszenie, wśród kupców i wśród kupujących. Jedna klientka, gdy usłyszała echo kociego miauczenia, wpadła w dziwny trans. Zapadła w bezruch, a następnie obruszona spytała czy usłyszałem ten omen. Zignorowałam lokalne zabobony i ruszyłem inną ścieżką. Ścieżka z każdym moim krokiem, stale zwiększała swoją szerokość, tak, że nowa droga z szerokości przypominała dwupasmową autostradę. Na tej zakurzonej autostradzie bawiły się Cygańskie dzieci.
Wtedy nastąpiły dwie kolejne po sobie dziwne rzeczy. Pierwszą było zdanie sobie przeze mnie sprawy, że jestem nieodpowiednio ubrany a ubrany byłem w... garnitur. Drogą rzeczą była nagła chęć rywalizacji. Zacząłem biec przed siebie. Nie dlatego, aby gdzieś dobiec, a po to, aby wyprzedzić wszystkie cygańskie dzieci. Biegłem tak i mijałem je kolejno. Przy co sprawniejszych rywalach przyśpieszałem tak, że obraz otoczenia zaczął się zatrzymywać bądź rozmazywać. Rozłożone i odgięte do tyłu ręce pozwalały szybciej prześlizgać się przez szorstkie podmuchy wiatru. W końcu zostałem tylko ja i jeden cygański chłopiec, a w tym oszalałem biegu zaczęliśmy się zbliżać do ogromnej, metalowej i pordzewiałej kopuły podobnej do tej z filmu MadMax. Wtedy stało się coś dziwnego. Rzeczywistość zamarzła w czasie, ale nie my! Ciągle biegnąc, obróciłem się w kierunku rywala i podskoczyłem zatrzymując się na kilka setnych sekund w powietrzu. Cygańskie dziecko w osłupieniu popatrzyło na mnie, wówczas ja, wisząc w powietrzu wyciągnąłem nogi i mocnym kopnięciem wypchnąłem je poza tor biegu. Biegłem dalej a za moimi plecami widziałem tylko tabun kurzu. W powietrzu czuć było zwycięstwo.
Zawróciłem, by pomóc małemu cyganowi. Pomogłem mu wstać i z uśmiechem podziękowałem za wspaniałą rywalizację. W ten czas dobiegł do nas jakiś dorosły, też Cygan, na oko w wieku 30-35 lat. Zaczął coś wykrzykiwać w swoim ojczystym, dla mnie niezrozumiałym języku. Wśród tego słowotoku pojawiały się też pojedyncze polskie wyrazy, które brzmiały jak bełkot. Zrozumiałem tylko tyle, że jeśli jeszcze raz tknę jego syna, to mnie zajebie. I wtedy stała się trzecia dziwna rzecz. Dorosły cygan wyjął ze swojej kieszeni pilot, z mała ilością przycisków. Wcisnął jeden, wielki i czerwony. Nim się zorientowałem, leżałem na ziemi powalony przez niesamowicie silny cios. To jednak nie był cios zadany z pięści człowieka. Gdy przewaliłem się na bok, zobaczyłem nad sobą wiszącą kopułę, która wcześniej była moją metą. Oprócz kopuły widziałem tylko linę, na której ona wisiała oraz kawałki garnituru i mojej krwi na jej krawędzi. Czułem straszne pieczenie na plecach.
Dostałem za swoje. To mnie nauczyło nie kopać dzieci, gdy czasoprzestrzeń jest zakrzywiona. Srogo pokaleczony zmierzałem w kierunku wyjścia. Będąc już u bram, zaczepiło mnie inne cygańskie dziecko, i wyraźnie coś chciało. Nie mówiło po polsku, ale koniecznie chciało, abym za nim podążył. Poszedłem. Na miejscu okazało się, że mój znajomy z wyścigu stał się ofiarą. Był jeden, otoczony i osaczony przez inne cygańskie dzieci. Był związany i kopany. Podszedłem do agresorów, a ci zrobili trzy kroki wstecz. Oswobodziłem ofiarę z więzów i podszedłem do przywódcy gangu. Chwyciłem gnoja za ramiona, uniosłem w powietrzu i zacząłem trząść nim, tłumacząc, że nie ma prawa znęcać się nad słabszymi. Gnój umarł. Powieki mu opadły a głowa osunęła się na prawe ramię. Mięśnie zwiotczały.
Dlaczego? Kurwa, dlaczego?! Zrobił to z premedytacją! - pomyślałem.
Położyłem zwłoki na piasku. Mając w pamięci ten dziwny pilot, kopułę i zadziornego Cygana, szybko zacząłem kierować się ku wyjściu. Za późno. Cały klan już tam na mnie czekał. Dokładnie to jakieś 7 metrów na lewo, od bramy targowiska. Przy bramie spotkałem znajomego, z którym nie widziałem się już od przeszło 8 lat. Łukasz maszerował z jakimś kamratem. Miał na sobie dziwny uniform archeologiczny i torbę z przyrządami do eksplorowania przestrzeni. Wyciągnął do mnie dłoń i przywitał się w tym samym stylu, w jakim to robił 8 lat temu. To dziwne, bo przez te 8 lat nieraz widzieliśmy się na ulicy, ale nigdy się do mnie nie odezwał. Odpowiedziałem na gest przyjaźni i pomaszerowałem za nimi. Weszliśmy w wąskie uliczki, które otoczone były przez stare, walące się kamienice z mnóstwem tajemniczych przejść. Łukasz prowadził, a ja zabezpieczałem tyły. W jakimś momencie koledzy skręcili w prawo, wchodząc w nieznaną piwniczkę. Gdy się obróciłem, ich już nie było.
Łukasz, Łukaszzz! Gdzie jesteście?! - krzyczałem, jednak nie uzyskałem odpowiedzi. Wszedłem w piwniczkę, do której mogli wejść moi towarzysze. Była mała, wąska, słabo oświetlona. Skąpe promienie światła wpadały przez nierównomiernie wyżłobioną szczelinę w ścianie. Miała ona kształt przypominający trochę poziomy prostokąt, trochę elipsę. Szpara po prawej stronie była węższa od lewej części. Żaden człowiek nie mógł się przez nią prześlizgnąć, ale mimo to ja spróbowałem. I nie udało mi się. Nerwowo zacząłem szukać... czegoś. Wnet dostrzegłem z górnej partii ściany przebijające się promienie światła kształtujące się w kwadrat o wymiarach jednego metra. Bez namysłu, jak to możliwe, że go wcześniej nie zauważyłem, z całą dostępną mocą wypchałem ten kwadrat. Oślepił mnie napływ światła słonecznego. Z pewnym trudem udało mi przejść przez tajemne przejście, unikając tym samym egzekucji.
Zdyszany oparłem się plecami o ścianę i podparłem kołyszące ciało sztywną ręką. Pod dłonią, która przywarta była do lodowatego betonu, poczułem coś śliskiego, lepkiego i ruchliwego. Spostrzegłem, że siedzę w gnieździe ohydnych szczypawic. Niezidentyfikowane śliskie i lepkie "coś" to była robacza krew i robacze bebechy, które przykleiły się do mojego ciała, kiedy usiadłem na ich gnieździe. Szybko podskoczyłem w amoku i wstałem. Znajdowałem się chyba wtedy na trzecim piętrze jakiegoś wieżowca. Jeszcze szybciej przeskoczyłem na najbliższy balkon. Balkon ten był bardzo chwiejny. Nie załamywał się jak normalne budowle. Po prostu wyginał i ciągnął się w dół i na boki jak wygina i ciągnie się jadany, gumowy wąż dostępny w pobliskich delikatesach. Podczas przeskoku, z zewnętrznej kieszonki marynarki wypadły mi trzy rzeczy: dokument, żółty długopis i jakaś trzecia rzecz.
Balkon ten był oblężony przez różne anteny, antenki, kable, monitory i tajemniczą mechanikę. Jak się później okazało się, na owym balkonie swoją siedzibę miała współpracownica Owsiaka, która zbierała krew w ramach kolejnej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
W czym mogę pomóc? - usłyszałem od kobiety w średnim wieku.
- Ja, eee.
- Może zechciałby Pan oddać krew?
- ... no dobrze.
- Potrzebuję Pana dowodu osobistego. O, a tutaj proszę się podpisać
- Chwila, gdzieś tutaj miałem dowód osobisty i długopis - odburknąłem oklepując marynarkę i kiszenie spodni.
- Nie mam! Nie mam! - Wykrzyknąłem te słowa wpadając na balkon i wymachując dookoła zaciśniętymi pięściami. Nagle, ni stąd nie zowąd, poczułem dziwny uścisk na mojej lewej pięści. Nerwowo odwróciłem głowę i ujrzałem cygańską kobietę, w wieku 45 lat, w długiej szarawej sukni, która... pochłonęła moją pięść. Po prostu trzymała ją w szczęce i zaciskała zęby. Wgryzała się w knykcie i doprowadziła do krwawienia. I zaczęła cedzić przez zęby:
- Jesteś uzależniony od heroiny! Masz HIV-a, i za niedługo umrzesz! - mówiła to z makabrycznym uśmieszkiem na twarzy.
- Co ty bredzisz kobieto? Jestem czysty i zdrów jak ryba! Chyba że..ty..specjalnie wgryzłaś mi się w dłoń, by zmieszać naszą krew? - wymawiając końcówkę tych słów zacząłem w dzikim szale wywijać lewą ręką, tak by zrzucić pasożyta. Nic to nie dało, kobieta tylko mocniej zaciskała zęby. Zacisnąłem palce prawej dłoni w pięść i zacząłem okładać ją po głowie. Biłem w czoło, w potylice i żuchwę. Za trzecim mocnym uderzeniem w policzek, wypadła jej szczęka. Czułem jak jej przesuwające się zęby trą o moje kostki.
Zdyszany i poraniony, utrzymujący w połowie prostą pozę tylko dzięki sztywnej prawej nodze, odwróciłem się w kierunku wolontariuszki WOŚP, i mówię:
- Badania krwi, tak? To już wiem skąd ta dziwna propozycja.
Wystarczyło, że zrobiłem krok ku "wolontariuszce", a z sufitu, niczym przerażony nietoperz, spłynął na mnie obcy mężczyzna. Nie wiadomo skąd się wziął, ale wiadomo jak wyglądał. Był 56 letnim starcem, z łysiną z przodu i lekkim siwym włosem z tyłu czaszki. Sama czaszka była głęboko pomarszczona a skóra miała barwę ciemnej żółci i brudu. Oczy niezidentyfikowanego koloru, podkrążone wielkimi nakładającymi się na ciebie fałdami skóry i brudu. Zębów praktycznie nie miał, nie licząc trójki i dwójki z góry oraz jedynki z dołu. Zęby były czarne i wypływała z nich dziwna maź. Dziąsła odchodziły z poranionych szczęk. Sama postura starca była.. charakterystyczna. Drobny szkielet z cienką warstwą skóry.
Dziadyga naskoczył na mnie trzymając w swych bezzębnych wargach trzy zanieczyszczone igły. Nic nie mówił tylko siłował się ze mną, i próbował wbić mi je w szyję. Nasza siłaczka trwała dobrych kilka chwil. Zluzował uścisk lewej ręki i lekko rozsunął wargi, tak by móc gibko przechwycić lecące w powietrzu igły. Nie udało mu się to. Silnym uderzeniem w jego lewe ramię odciągnąłem jego dłoń od celu. Przechwyciłem upadającą śmierć. Igły wbiłem mu w oczy. Dwie w prawe oko a trzecią w lewe.
Całkowicie pokiereszowany, zwyciężając niezliczoną liczbę przedziwnych wrogów, wyszedłem na parking szukając swojego samochodu. Nie mogłem jednak znaleźć swojej Ibizy. Nie było jej na miejscu, gdzie wcześniej ją zaparkowałem. Po obu stronach miejsca gdzie zaparkowałem, wciąż stały te same samochody, lecz w środku, gdzie miał stać mój, stał dziwaczny samochód-pokraka. Miał wysokie zawieszenie, ogromne koła bez felg, zamiast karoserii wszędzie były zespawane ze sobą rurki tworzące kontur obcego mi samochodu terenowego. Niepewnie sięgnąłem po pilot i wcisnąłem przycisk otwierania drzwi. Otworzyło...
Wsiadłem i odpaliłem pokrakę kierując się szybko do apteki z laboratorium. Samochód został ciekawie stunningowany przez nieznajomego dowcipnisia. Pod siedzenie podpięto gaz, tak, że wystarczyło usiąść i wcisnąć sprzęgło. Hamulec nie działał, a jego rolę zastąpiło właśnie sprzęgło. Kierownica skręcała, samochód jednak stawiał opory. Z wielki trudem dojechałem do apteki zlokalizowanej przy placu Krakowskim, zaraz za skrzyżowaniem. Pędem wbiegam do apteki krzycząc:
- Ugryzła mnie osoba zarażona wirusem HIV! Natychmiast potrzebuję zażyć leków antywirusowych!
Ekspedient zaskoczony sytuacją zaniemówił. Za to jego klient, mężczyzna w wieku lat trzydziestu, właśnie kupujący truskawkową pasę do zębów swojej dziewięcioletniej córce, wydarł się, informując, że mam zaczekać w kolejce, aż skończy robić zakupy.
Wybiegłem z apteki z zamiarem znalezienia następnej. Za rogiem wpadłem na dużego i postawnego człowieka wraz z grupkę młodzieży. Ów człowiek okazał się być druhem drużynowym grupy harcerskiej.
- Co się z Panem dzieje? - usłyszałem od barczystego olbrzyma w brązowo-zielonym stroju, a od którego bił szczery uśmiech.
- Potrzebuję leków antywirusowych! Gdzie jest następna apteka - nerwowo ripostuję.
- Proszę się uspokoić i pozwolić mi się opatrzyć - odpowiedział, zaprowadzając na trawnik oddalony o jakieś 2-3 metry i robiąc opatrunek z przyulicznych mleczy, innych kwiatów oraz ziół.
....
CDN_JD.
Wszelkie i wszystkie prawa do druku, ekranizacji i zmonetyzowania tej popieprzonej fabuły należą do mnie. 
Nakarm świnkę!
Dziękuję za przeczytanie wpisu! Jeśli Ci pomógł lub był wartościowy w jakikolwiek inny sposób, rozważ proszę dotację. Kopsnij trochę grosza!
Dołącz do toczącej się dyskusji!
Możesz śledzić komentarze czytelników przez RSS , napisać, co o tym wszystkim sądzisz lub zostawić ślad prowadzący do Twojej strony.
16 sierpnia 2009, 00:29:19
Skubert
Czegoś się naćpał? oO
16 sierpnia 2009, 00:30:17
quest
W tym największy ból, że sam nie wiem, a chętnie wziąłbym to drugi, trzeci, czwarty raz...
16 sierpnia 2009, 21:28:16 Luk
To jak się dowiesz to napisz, ja też chce
23 sierpnia 2009, 15:22:33
quest
Hiszpański arbuz.
Dodaj komentarz