4 komentarze | Literatura 23 sierpnia 2011, 15:00:12
Uff, wczoraj w końcu skończyłem czytać tę książkę. To była najbardziej rozlazła i najmniej dynamiczna powieść jakąkolwiek trzymałem w rękach! I chociaż w biblioNETce otrzymała wysoką średnią ocenę, to sądzę, że stało się to za sprawą sympatii do jakiegoś nieznanego mi cyklu opowieści o głównym bohaterze.
Ostrze Tyshalle'a wygrałem w konkursie Histmaga bodajże w 2009 roku. Skończyć ją udało mi się dopiero po drugim podejściu (w ogóle) w 2011 r., i choć na okładce napisano "część 1" to odniosłem wrażenie, że jest to raczej część czwarta, zamykająca całą fabułę powieści. Równie zagadkowy jest sam tytuł, gdyż przez pięćset stron nie pada ani jedno słowo czy nawiązanie do tytułowego ostrza, za to dowiadujemy się o mieczu Kosalla.
Pierwsze strony zdecydowanie zachęcają do dalszego czytania. Poznajemy szkolne życie głównego bohatera, krnąbrnego i aspołecznego zabijaki Hariego Miczelsona (aka Caine) oraz jego przyjaciela in spe, Krisa Hansena, za sprawą którego temu pierwszemu w ogóle udaje się skończyć Studio (szkołę dla Aktorów specjalizujących się w walkach ku uciesze telewidzów z Ziemi). Akcja toczy się równolegle w dwóch wymiarach: na Ziemi gdzie żyją ludzie podzieleni na kasty (analogicznie jak w Indiach) oraz w Nadświecie z jego pierwotnymi mieszkańcami, w poczet których zaliczono elfy, ogrille, drzewinki, ale także... systematycznie kolonizujące nowe obszary ludzi z Ziemi!
Dalej następuje tragiczne załamanie w jakości. Główny bohater nie jest już bohaterem. Jest ofiarą walki, kaleką poruszającą się na wózku inwalidzkim, cieniem dawnego siebie i zgorzkniałym tetrykiem, który często użala się nad swoją niepełnosprawnością.
Uwaga: Notatka zawiera spoilery.
W tym momencie Stover zaczął komplikować fabułę. Do akcji wkraczały nowe postacie: uprzywilejowany Klasztor, ludzcy królowie będący przedłużonym ramieniem Ziemian i ich sługusy obdarzone specyficznymi mocami, ziemscy rebelianci, królewski dom elfów jako obrońcy Nadświata, demony oraz pojmani bogowie. Książka zawiera chyba wszystkie klasyczne wątki, które powinny się w niej znaleźć - a co więcej, myślę, że jest też niemało analogi do naszego świata - odnajdziemy tam motyw niszczenia cywilizacji z pomocą broni biologicznej, realizowany pod płaszczykiem pomocy humanitarnej, gdzieś w tle umieszczono problem wypierania autochtonów przez szybko rozmnażających się imigrantów. Jest oczywiście zdrada (choć nie w sensie romantycznym), intryga, a także rebelia. A to wszystko wskutek działań mitycznego Ślepego Boga, który faktycznie okazuje się być bogiem zniszczenia, bogiem śmierci i pierwszą naturą człowieka.
I to byłoby OK, gdyby nie nudne i ciągnące się opisy mające zapełnić strony. Niestety, ale fantazje autora (przypisane jednej z postaci) o używaniu mocy umysłu do modelowania rzeczywistości, rozbieraniu nieletnich dziewczynek i uprawianiu z nimi seksu w ogóle nie pasuje do powieści. Innej postaci (pojmanemu bóstwu) przypisuje rolę filozofa, miłośnika sztuki i szkolnego pedagoga, co ciągnie się do samego końca opowieści. Uważam, że jednak notoryczne opisywanie rzeźb, obrazów i opisywanie z której wieku pochodzi dywan na ścianie jest grubą przesadą.
Lecz i to nie jest najgorsze. To czego nie pokazano to ewolucji głównego bohatera. Najpierw widzimy go jako adepta Szkoły Magji, a następnie jako wrak człowiek bez woli do życia. I choć przez przemilczane rozdziały Hari sporo zdziałał (ożenił się z boginią, miał adoptowaną córkę, uratował ojca przed cyborgizacją), to ostatecznie stracił to wszystko w walce ze Ślepym Bogiem, który występuje jako ucieleśnienie jego wszystkich wrogów i fałszywych przyjaciół. Najgorsze jest to, że zło odnosi totalne zwycięstwo. Sparaliżowany ojciec Caine'a (nieprawomyślny archeolog) pojmany przez Policję Społeczną został pozbawiony świadomości, a jego mózg przepropgamowano na jednostkę przetwarzającą dane, córkę przejęła kobieta z kasty Biznesmenów, żonę zamordowano rozcinając ją mieczem, poczynając od obojczyka a kończąc na żebrach, wbijając dodatkowo ostrze w sam środek głowy - wszystko na oczach naszego bohatera, aby go jeszcze bardziej upokorzyć. Sam Caine również został dotkliwie zniszczony. W czasie przed "końcem ostatecznym", zanim jego psychika została skruszona na tarce, torturowano go paląc jego chore ciało napalmem.
Na wstępie wspomniałem o Krisie Hansenie, drugim głównym bohaterze, któremu nie poświęciłem nawet linijki. Cóż, i on będzie musiał umrzeć...
Chociaż powieść kończy się pojmaniem konającego Caine'a, to trudno nie odnieść wrażenia, że coś tutaj jest nie tak. Panie Stover, hellloooo? Nie zabijamy pozytywnych bohaterów!
Może - skoro wydano już drugą część Ostrza Tyshalle'a - może... oni nadal żyją? Ja jednak nie mam ochoty się o tym przekonywać. Książka jest przygnębiająca, a dobrych akcji obfitych w ciekawe opisy jest mniej niż mięsa w parówkach. Jest to początek, koniec i zaledwie kilka stron w środku. Minus na koniec daję za niezakończenie historii boskiego czarnego charakteru, który za pomoc w zabiciu Hariego żądał od Uprzywilejowanych Ziemian zwrotu królestwa w Nadświecie.
Moja ocena w BiblioNETce to: 2,5 (poniżej przeciętnej).
4 komentarze
3 komentarze | Literatura 13 lutego 2011, 12:09:21
Ta notatka informuje o szczegółach fabuły książek "Rzeźnia numer pięć" i "Witajcie w małpiarni".
@kurtvonneguta spotkałem w pubie w Zamku Ryn. W milczeniu sączyliśmy rozcieńczone piwo marki piwo, gapiliśmy się nawzajem na swoje wywieszki, a po chwili zacząłem rozmowę:
- to nie jest twój nick! Dlaczego przywłaszczyłeś sobie nazwisko Vonneguta?!
- z szacunku, z podziwu... blablabla... polecam Ci Galapagos!
Minął rok czasu, a rekomendacja @kurtavonneguta nadal echem odbijała mi się wewnątrz czaszki. Poszedłem do biblioteki, lecz polecanej książki w niej nie było. Nie było jej również w żadnej innej bibliotece w mieście. Zdarza się.

Wybrałem inną powieść tego pisarza i już miałem położyć na niej swoją łapę, gdy dojrzałem okładkę "Rzeźni numer pięć". Pomyślałem wtedy coś w stylu - Woha! Pornografia i science fiction w jednym! Ale super! Może w końcu dowiem się co kobiety widzą w pisanym porno!
No co? Była nagość na okładce? Była.
Zdziwiłem się już od pierwszego akapitu. Nie było to porno, ani tym bardziej wyczekiwane SF. Była to raczej forma reportażu antywojennego, której treść przeplatała się z humorystycznymi scenami podróży w czasie, które wcale śmieszne nie były.
Główny bohater to Billy Pilgrim, nierozgarnięty chłopiec, fizyczna miernota i Amerykanin, który dzięki dobrym radom przyszłego teścia odnosi sukces w jego firmie okulistycznej. Następnie idzie na wojnę, umiera i odradza się, wraca z tejże wojny i żeni się z kobietą, której nikt nie chciał czym (m.in) wykupuje sobie posadę w firmie teścia.
To oczywiście nie cała fabuła. Miedzy tymi i innymi zdarzeniami nasz Billy przenosi się w różne zakątki świata w różnych czasach. Raz jest maluchem w towarzystwie swojej matki, raz jest żołnierzem na froncie niemieckim, raz ciężarem dla swoich dzieci, a raz jest kierowcą, który na swojej drodze spotyka twórcę nieprawdopodobnych opowieści o kosmitach z Tralfamadorii, którzy porywają go i umieszczają w galaktycznym zoo, aby kopulował w ziemską samicą, po to by następnie przeniósł się do tytułowej rzeźni w Dreźnie, które zostanie spalone wraz z półmilionową ludnością autochtonów i jeńców.
Vonnegut NADUŻYWAŁ zwrotu "zdarza się". W tej powieści każde zgaśnięcie życia było kolejnym, nieistotnym zdarzeniem. Zapewne ludzkie tagujący tę książkę jako "najlepszą jaka powstała spod pióra K.V Jr." nie podzielają tej opinii, ale nie mają racji. Scen umierania - jak na porządną książkę antywojenną - jest naprawdę sporo. Kończenie każdej tym samym zwrotem było nudne i pozwalało sporo przewidzieć...
Książka ma też cechy edukacyjne. (Strona 35
jaka jest najbardziej finezyjna tortura na świecie? Skrępować jeńca, posmarować mu genitalia miodem, usadowić przy mrowisku i odciąć powieki, aby wszystko obserwował. Rzecz jasna, nie może zabraknąć ostrego słońca!
O Vonnegucie słyszałem same superlatywy. Jego książki miały być inteligentne i dowcipne. A ta przecież była najlepsza ze wszystkich?
Myślę, że właśnie w taki - dowcipny sposób - chciał też ukazać rozmowę Billego z generałem piszącym książkę. Rzecz dzieje się końcowej części powieści, gdy bohaterowie leżą w szpitalu. Generał pragnie stworzyć kompendium wiedzy o wojnie w ogóle. O marynarce, o piechocie, o lotnictwie, o wszystkim. Brakuje mu tylko rozdziału odnośnie Drezna i tutaj wyłamuje się flegmatyczny Billy, który oznajmia, że »on tam był«. W ten generał zaczyna go opieprzać i stawiać prosto sprawę. Kim są ofiary? Są nimi alianci, którzy zamordowali pięćset tysięcy cywili w miasteczku wolnym od wojny. Komu należy współczuć? Aliantom, którzy najpewniej doznali urazu na psychice. Biedne chłopaki. Sądzę, że całość jego akapitu wpasowuje się w myślenie George'a Pattona: Celem wojny nie jest śmierć za ojczyznę, ale sprawienie, aby tamci skurwiele umierali za swoją.
Myślę też, że Kurt chciał dobrze. Chciał przedstawić obraz fizycznych ofiar i ofiar ze zniszczoną psychiką. Myślę też, że mu się to nie udało.
To tyle z "wad". Nie oznacza to, że książka była zła czy mi się nie podobała. Podobała mi się, a nawet wycisnęła kilka łez. Szkoda tylko, że spodziewałem się dobrej fantastyki, a dostałem miasto trupów. @kurtvonnegut i inni! Macie przerąbane!
Ps. Tak się złożyło, że właśnie dzisiaj mija 66. rocznica bombardowania Drezna. Na Wykopie wywiązała się dyskusja, czy bombardowanie było złe i niemoralne czy było sprawiedliwym odwetem za dziejową krzywdę. W powiązanych dodano linki do kilku artykułów m.in do wywodu historyka negującego liczbę ofiar i do wywiadu z polskim lotnikiem, który zrzucał bomby.
***
Vonnegut tak mi się spodobał, że oddając "Rzeźnię..." wypożyczyłem jednocześnie "Witamy w małpiarni".
"Witamy w małpiarni" jest to zbiór 25. opowiadań opublikowanych na przestrzeni lat i złożonych w całość. Niektóre były dobre, bardzo dobre, a niektóre były całkowicie niezrozumiałe lub pozbawione humoru i sensu.
Czytałem tłumaczenie z 1995 roku, czyli szybko podliczając, mające 16 lat. Oryginały mają od 50 do 60 lat. Jest to o tyle istotne, bo to co urojeniami i FANTASTYKĄ było 60 lat temu, teraz jest już przyszłością i tylko fantastyką. Dodatkowo cześć historii była dla mnie wtórna, znana z twórczości innych pisarzy.
"Małpiarnię..." podzieliłem na 3 kategorie. Najciekawsze / W porządku / WTF?, dodając kilka znaków opisu i komentarza od siebie. No, i jak? Chcesz wiedzieć czym się podniecał twój dziadek? :>
Najciekawsze
Harrison Bergeron (1961) - Harrison żyje w roku 2081 i jest bojownikiem o nierówność! W tych trudnych czasach które nastały, każdy człowiek jest równy innym. Nie tylko przed Bogiem i nie tylko przed prawem. GUR (Główny Urząd Równości) - podobnie jak nasz system oświatowy - zrównuje wszystkich w dół. Jeśli ktoś jest zbyt inteligentny, montuje mu w uchu urządzenie rozpraszające. Jeśli ktoś jest zbyt piękny, oszpeca się go maską. Jeśli ktoś jest zbyt uzdolniony muzycznie, nakłada mu się inny wyrównywator. Walka trwa! A Naczelnym Wyrównywaczem jest kobi...
Komu jeszcze przypomina to antyutopie "Rok 1984", "Nowy, wspaniały świat" i wizję profesorki Magdaleny Środy?
Portfel Fostera (1951) - to opowieść o biedaku, który - pomimo posiadania fortuny - zdecydował się nadal tyrać w spelunach, gdzie zaglądają tylko szczury i typy spod ciemnej gwiazdy. Decyzja ta - z pozoru irracjonalna - dawała mu ogromną satysfakcję, gdyż właśnie ta praca pozwalała na kupno prezentów dla jego rodziny. Chociaż posiadali bardzo mało, wszystko co mieli było wynikiem uczciwej pracy Fostera, a przez to bardzo cenne.
Szach królowi (1953) - to chyba najlepsza powieść z całego zbioru! Trzyma w napięciu i mrozi krew w żyłach.
Opowiada losy amerykańskich żołnierzy (i rodziny jednego z nich) pojmanych przez bojówki komunistycznego dyktatora Pi Yinga. Pi Ying pozwoli im żyć tylko jeśli pułkownik Kelly zagra i wygra z nim partię ludzkich szachów. Rzecz w tym, że w szachach jest jak na wojnie. Aby wygrać, trzeba poświęcić pionki...
Pies Edisona (1953) - czy wiesz, jaka rasa jest najinteligentniejsza na świecie?
Dipis (1953)- wzruszająca opowieść o murzyńskim dziecku, które znalazło się w niemieckim sierocińcu. Bohater nazywa się Joe, nie mówi dobrze po niemiecku, nie zna innego języka i marzy o odnalezieniu swojego ojca. Od czasu do czasu jest sprowadzany na ziemię przez Petera, 14. letniego seniora sierocińca, w którego Joe jest zapatrzony jak w obrazek.
Nie na miarę (1953) - to opowieść o Amfibiakach, nowej generacji ludzi, którzy nauczyli się rozdzielać swoje Ja od własnego ciała. Gdy umysł zostanie oddzielony od ciała, znikają wszystkie ludzie potrzeby i negatywne cechy (potrzeba jedzenia, cecha pocenia się, uczucie nienawiści itd.). Amfibiaki są nastawione pokojowo, lecz część ludzi - ta, która zdecydowała się pozostać w swoich ciałach - chce je zniszczyć.
Ta historia kojarzy mi się z uczeniem się NLP i słowami Kena Robinsona, który stwierdził, że obecnie nasze ciała są kontenerem do transportu wielkich, jajowych głów.
Pociski załogowe (1958) - następny wyciskacz łez. Powieść o uczuciach ukraińskiej i amerykańskiej rodziny, która straciła swoich synów w toczącym się wyścigu o kosmos między USA a ZSRR.
EPICAC (1950) - nowelka o rywalizacji o względy pewnej matematyczki, która toczy się między inteligentną drukarką, a pozbawionym romantyzmu naukowcem. Dziwna opowieść, bo niesienie przesłanie, że jeśli chodzi o miłość to kłamstwo i "chodzenie po trupach" jest jak najbardziej uzasadnione.
Ta historia z kolei przypomniała mi obejrzany niedawno film Robot - Endhiran (2010). Różnica polega na tym, że Vonnegut stworzył stacjonarną drukarkę, a Shankar stworzył cyborga. No i w tym drugim jest więcej elementów SF, muzyki, tańca i kiczu charakterystycznego dla Bolywoodu. Jeśli jeszcze nie widziałeś robota rozmawiającego po komarzemu i odbierającego poród, koniecznie obejrzyj Endhirana.
Ciągle tylko jutro i jutro (1953) - niebywała opowieść o czasach, gdy ludzie rodzą się na pęczki, a nikt nie umiera! To dziwne zjawisko istnieje dzięki postępowi medycyny i wynalazkowi zwanemu antygerason! Antygerson to płyn hamujący starzenie się ciała. 93 letnia babcia może wygląda i czuć się jak ponętna trzydziestka, a o śmierci decyduje sam człowiek. Ta sytuacja rodzi również problem przeludnienia, z którymi obywatele starali sobie poradzić poprzez budowę kolejnych pięter w blokach.
Akcja tej opowieści rozgrywa się w roku 2158 i w bloku numer 257, a zaczyna od rozmowy Luo i jego małżonki Em, pragnącej wykończyć 180. letniego dziadzia-terrorystę, który od przeszło 50 lat dzień w dzień obiecuje, że w końcu umrze i zwolni swój pokój z małżeńskim łożem.
W porządku
Kim teraz będę (1961) - romansidło o ludziach bez charakteru, którzy zmieniają się pod wpływem odgrywanym ról teatralnych
Witajcie w małpiarni (1968) - spiskowa teoria dziejów została zrealizowana. Ziemią rządzi Rząd Światowy, który pod wpływem ciężkiej sytuacji (przeludnienia) tworzy Federalne Centrum Samobójstw Etycznych. Drugim sposobem na walkę z przeludnieniem są pigułki odbierające ludziom popęd seksualny. W tym szaleńczym świecie, gdzie mężczyzna czuje się jak posąg, a kobieta jak mokra wata, do walki z systemem staje Billy Poeta, a jego orężem jest jego penis.
Chodząca pokusa (1956) - powojenny dziadek rozmarzył się o cielesności pewnej dziewczyny...
Za ścianą (1955) - historia malca. który próbował pomóc kłócącemu się zza ściany małżeństwu za pomocą radia.
Stylowe wnętrza (1951) - opowieść o kobiecej próżności i niezdecydowaniu.
Raport w sprawie Efektu Barnhouse'a (1950) - historia człowieka, który tak rozwinął możliwości swojego mózgu, że samym tylko pomyśleniem może zniszczyć świat. I to w kilka sekund. O jego mózg ubiega się US Army.
Eufo-kwestia (1951) - powieść o narkotyzowaniu się falami z kosmosu, które na Ziemi noszą miano "szczęścia".
Wracaj do żonusi i synalka (1962) - opowiastka z morałem, o związku z seks bombami, o błędach, zrozumieniu i przebaczeniu.
Kłamstwo (1962) - historia długiego i zasłużonego rodu Remenzel, który założył i od wieków wspierał finansowo najlepszą uczelnię w kraju. Jednak kiedy najmłodszy Remenzel nie zdaje egzaminu wstępnego i nie ma już szans na "dobrą edukację", dowiadujemy się co oznacza rodowe wychowanie, honor i czym jest nepotyzm.
Niesforny szczeniak (1955) - o sprowadzaniu złych dzieci na dobrą drogę.
Adam (1954) - smutna opowieść o samotniczej naturze człowieka.
WTF?
W moich stronach (1964)
Długi spacer od zawsze (1960)
Nowy słownik (1967)
Zdarzyło się w porcie Hyannis (1963)
Jeleń w fabryce (1955)
3 komentarze
4 komentarze | Kinematografia, Literatura, muzyka 11 lipca 2009, 18:44:12
Dawno, dawno, dawno, dawno, naprawdę dawno temu, gdy moja dawna miłość sięgnęła po Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa, ja zrobiłem to samo. Zacząłem się zaczytywać, lecz niestety skończyło się zaledwie na kilku rozdziałach. Nie pamiętam już co stanęło mi wtedy na przeszkodzie, jednak głowę daję, że były to jakieś paskudne egzaminy, sprawdziany, matury... łotewer. Książkę odstawiłem na półkę, gdzie jej miejsce czyli do domowej biblioteczki.
Wiele miesięcy później w Telewizji Państwowej, w kanale pierwszym udało mi się ujrzeć skrawek ekranizacji Mistrza i Małgorzaty. Owy urywek zachwycał muzyką. Aktorzy również przyciągali do ekranu. Jednak... każdy kto mieszka w tym uroczym kraju i jest zmuszany do płacenia za nadajnik, doskonale zdaje sobie sprawę, że ukochana Telewizja Państwowa rzetelnie wypełnia swoją misję tylko środku nocy, co właściwie uniemożliwia obejrzenie dobrego kina. I tutaj znowu z pomocą przyszły torrenty/warezy.
Zassałem dziesięcioczęściowy serial, który leży sobie nietknięty już od piętnastu miesięcy. Postanowiłem, że nie obejrzę ekranizacji zanim nie przeczytam powieści, bo serial pewnie będzie słabszy od książki, a poza tym stracę motywację do jej przeczytania.
Potem nastał okres, w którym do gustu przywykło mi czeskie kino (m.in. Butelki Zwrotne, Wycieczkowicze, Bracia Karamazow), i to właśnie w Braciach Karamazow Petra Zelenki pojawił się motyw, w którym aktorzy teatralni odwołują się do rosyjskiej literatury pięknej. Film tak mi się spodobał, że aż zapragnąłem przeczytać powieść Dostojewskiego. Najzabawniejsze jest to, że z powodu własnej ignorancji, pomyliłem Bułhakowa z Dostojewskim i sięgnąłem ponownie po Mistrza i Małgorzatę sądząc, że to powieść pióra Fiodora Dostojewskiego. Przeczytałem pierwszy tom po czym miałem pauzę wywołaną sesją. Potem doczytywałem książkę, a dzisiaj dumnie mogę powiedzieć "done". 
Natychmiast zacząłem rewertować co wartościowsze stronice i projektować sobie w wyobraźni jeszcze dokładniejsze obrazy. Robiłem tak chyba z 7 razy, i z każdym razem uznawałem zakończenie za niebywałe dobre, ale i smutne. Zwyczajem geeka rozpocząłem kolekcjonować dane na temat powieściopisarza i filmu, z których wynikało co następuje:
- Szkoda, że nie zapisywałem co zabawniejszych fragmentów!
- Ocena książki: 4,5!
- Bułhakow kreował Mistrza na swoje alterego? Bardzo smutne.
- Bułhakow pisał Mistrza i Małgorzatę 12 lat, dokonywał wielu korekt a i tak zmarł nie ukończywszy swojego dzieła. Jeszcze smutniejsze.

- Epilog z filmu jest po tysiąckroć gorszy od moich projekcji, a na dodatek wycięto wiele istotnych elementów, które chciałbym jednak zobaczyć. Zwyczajnie ich nie ma. Poza tym zejście tytułowych bohaterów - pomimo niemożności sfilmowania tego fragmentu - zostało sfilmowane, i to tak słabo, że człowiek wpada w dziwną konsternację.
- Muzyka do filmu jest genialna!
- Ulubiona scena z II tomu: Gdy naga Małgorzata leci na miotle, a naga Natasza na świniaku Mikołaju Iwanowiczu.

Czytając powieść w pewnym momencie zatrzymałem swoją świadomość i pomyślałem sobie: "Cholera! ten Szatan to równy gość!". Jasne, płatał figle, ośmieszał, mordował oszustów i konfidentów sowieckich, ale czego innego można było się spodziewać po Szatanie? To właśnie dobre uczynki w specyficzny dla niego sposób sprawiają, że popadamy w syndrom sztokholmski. Zresztą to co dzieje się na późnych stronach I tomu, dobrze zapowiada cytat z początku powieści:
... Więc kimże w końcu jesteś?
- Jam częścią tej siły,
która wiecznie zła pragnąc,
wiecznie czyni dobro.
J.W. Goethe, Faust
tylko kto pamięta o takim urywku po paruset przeczytanych stronach, plus długiej pauzie w moim przypadku? Nikt! A każde wypowiedziane słowo było dobrze przemyślane, i dopasowane do jeszcze nie poznanych historii. Dla mnie to majstersztyk.
Uwaga, spojler! W
poniższej sekcji znajdują się fragmenty wyjawiające
zakończenie powieści!
Jedna rzecz, sprawia, że mam ambiwalentne uczucia jeśli chodzi o zakończenie. Woland przyprowadził mistrza w ciemne góry, przed oblicze Piłata, aby ten mógł go uwolnić (i zrobił to za niewypowiedzianym pełnomocnictwem skazanego przez Poncjusza Jeszui, co oznaczało przebaczenie). Tak też się stało, co dobrze opisuje zdanie "Bohater ten odszedł w otchłań, odszedł bezpowrotnie, ułaskawiony w nocy (..)". Następnie czytamy o losach Mistrza i Małgorzaty: "Tak mówiła Małgorzata, idąc z mistrzem w kierunku ich wieczystego domu, i wydawało się mistrzowi, że słowa Małgorzaty szemrzą, tak samo, jak szemrał i szeptał strumień, od którego się oddalali, i świadomość mistrza, niespokojna, pokuta igłami świadomość gasła. Ktoś uwalniał mistrza, tak jak on sam dopiero co uwolnił stworzonego przez siebie bohatera. Bohater ten odszedł w otchłań, odszedł bezpowrotnie, ułaskawiony w nocy (..)" (Roz. "Przebaczenie i wiekuista przystań", str. 528-529)
Czymże więc jest otchłań? Piekłem? Raczej nie, a jeśli tak, za co tam poszli? Czyśćcem? Może. Niebem? W żadnym wypadku!
Zawiłości sprawie dodają dwie wypowiedzi. Jedna szatana, który sugestywnie zmusza mistrza do wybrania otchłani, w której to będzie "przechadzać się ze swoją przyjaciółką pod drzewami wiśni", gdzie "wieczorami będzie słuchać muzyki Schuberta, będzie pisał gęsim piórem przy świecach". Dalej czytamy: "Tam, tylko tam! Czeka już na was dom i stary sługa, goreją świece, które wkrótce pogasną, ponieważ już niebawem powitacie świt. Tą drogą, mistrzu, tylko tą drogą!". Decyzja ta jest wynikiem prośby Jezusa, którzy przekazał ją Szatanowi przez usta Mateusza Lewity.
- On (Jezus - dopisek mój) przeczytał utwór mistrza - zaczął mówić Mateusz Lewita - i prosi cię, abyś zabrał mistrza do siebie i w nagrodę obdarzył go spokojem. Czyż trudno ci to uczynić, duchu zła?
- Nic dla mnie nie jest trudne - odpowiedział Woland - i ty o tym dobrze wiesz. - Milczał przez chwilę, po czym dodał: - A dlaczego nie weźmiecie go do siebie, w światłość?
- On nie zasłużył na światłość, on zasłużył na spokój - ze smutkiem powiedział Lewita.
(Roz. "Przesądzone zostają losy Mistrza i Małgorzaty", str. 497-498)
Mamy trzy warianty tłumaczące ten zamiar. Mniej i bardziej prawdopodobne.
1. Szatan na prośbę Jezusa oszukał mistrza i Małgorzatę (mamiąc ich rajem) i unicestwił ich świadomość (vide: unicestwienie świadomości/głowy Berlioza podczas balu Szatana, i jego słowa "Każdy dostaje to w co wierzy")
2. Mistrz i Małgorzata schodzą do najniższego piętra czyśćca, tak że się zatracają, mają urojenia (vide: strumień, piaszczysta droga, wieczysty dom), a od piekła dzieli ich kratka na wentylację. Wpadają otchłań piekielną i zamiast smażyć się w ogniach, giną.
3. lub po prostu, mamy inny niż Bułhakow pogląd na raj i piekło. Może w zamyśle Bułhakowa piekło to nie miejsce gdzie ludzie do końca świata mieli się męczyć, a zwyczajnie, miejsce, w którym przestawali istnieć (coś jak pozagrobowa kara śmierci) natomiast światłość to nasze niebo, gdzie za sprawiedliwe życie, człowiek mógł zachować swoją świadomość. Szatan tak jak w pierwszym wypadku, oszukał i omamił mistrza, po czym bohaterom pod wpływem przyjemnych iluzji, odebrano świadomość. Może Jezus uznał, że mistrz pomimo oderwania się od ziemskich ciężarów, i tak by strasznie cierpiał z bagażem wspomnień, a światłość nie byłaby nagrodą de facto? A Małgorzatę stracono ponieważ nigdy nie potrafiła żyć bez swojego mistrza.
W epilogu mamy jeszcze inne, niejasne nawiązanie. Były poeta, obecny profesor Instytutu Historii i Filozofii, Iwan "Bezdomny" Nikołajewicz Ponyriow, podczas pełni księżyca śni o Poncjuszu Piłacie oraz o tytułowych bohaterach. Piłat wraz z Jeszuą odchodzą ku księżycowi, a Mistrz i Małgorzata... też odchodzą ku księżycowi. Czy to było nawiedzenie przez stracone dusze, czy może urojenie wywołane wpływem księżyca? Czy otchłań to księżyc (Jezus patrzy na nas z Nieba, a Szatan z Księżyca
?
Tutaj kończy się fragment wyjawiający zakończenie powieści.
Na koniec, odchodząc od książki i wracając do filmu. Zachęcam do odsłuchania dwóch, podobnych utworów ze ścieżki dźwiękowej. Uważam, że to one nadają klimat filmowi, którego chyba już nie obejrzę. Szatańska muzyka wcale nie musi mieć łatki "death metal" 
Igor Korneliuk - Master and Margarita - Intro
Igor Korneliuk - Master and Margarita - Main theme
Jeśli Ci się spodobała i chcesz ją w dobrej jakości (320 kbit/s), zajrzyj do mojego schowka, lub ściągnij z torrenta. Jeśli interesują cię różne ekranizacje, zajrzyj do chomika. Jeśli interesuje Cię książka, zajrzyj do najbliższej biblioteki bądź księgarni. 
4 komentarze
1 komentarz | Literatura, Ogólne 18 grudnia 2008, 12:35:08
Wdech i wydech, wdech i wydech, wdech i wydech... - właśnie te czynności, tak charakterystyczne przy każdym porodzie, musiałem wykonywać, aby nie udusić się z wrażenia po skończeniu czytania ostatniej strony powieści.
"Kłamstwami Locke'a Lamory", zostałem obdarowany przez wydawnictwo MAG i właśnie wczoraj skończyłem je czytać. Gdybym napisał, że to dobra książka, popełniłbym niebywałą zbrodnię jaką jest umniejszenie jakości tej powieści bo to właśnie ona sama jest niebywała - jest tak niebywała, że po ostatniej stronie czuje się smutek, że to już koniec przygód tytułowego Locke'a a potem czuje się już tylko rozpierającą radość objawiającą się widoczną nadpobudliwością i żądzą, która wydziera się z twoich ust, i która krzyczy: "Dajcie mi więcej powieści Lyncha!".
"Kłamstwa Locke’a Lamory" to powieść przygodowa, w której znajdziemy wiele różnych cech, zręcznie i elegancko spojonych. Zawiera ona tonę humoru, 5 ton trupów, pól kilo dramatu, gram miłości (uff, ufff) i cały wagon historii o męskiej przyjaźni. Akcja charakteryzuje się nielinearnym ciągiem fabularnym. I bardzo dobrze!
Książka opisuje losy gangu grupki przyjaciół nazywającego się Niecnymi Dżentelmenami, w skład którego wchodzi tytułowy Locke Lamora, Jean Tannen, bliźniacy Calo i Galdo Sanza, Pędrak oraz Ojciec Łańcuch. W powieści pojawia się jeszcze Sabetha - członkinia Niecnych Dżentelmenów, jednak jej obecność jest bardzo symboliczna.
Akcja rozpoczyna się od momentu, gdy mały Locke ma zostać sprzedany przez swojego pana Złodziejmistrza do Świątyni Perelandra, gdzie urzęduje Bezoki Kapłan (Ojciec Łańcuch). Locke staje na rozdrożu, między życiem i śmiercią a od śmierci dzieli go symboliczny miedziak - bo na tyle zostało wycenione jego życie.
Książka jest naprawdę wciągająca i wiele osób już ją zrecenzowało, dlatego ja tego robić nie będę. Wstawię tylko kilka uwag. Początki są trudne. Lynch nakreślił świat pełen niezwykłych krain, którym nadano niezwykłe nazwy, ludzie posługują się niezwykłym językiem a niektóre opisy krain są niezwykle nużące. Czytając nazwy pewnych rzeczy odniosłem wrażenie, że źródłosłowem jest jakiś wyraz z języka węgierskiego. Czytelnik przez pierwsze 114 stron musi mentalnie wrócić do podstawówki i nauczyć się czytać ze zrozumieniem. Mi samemu przyszło to z trudem. Pierwszą "setkę" czytałem na raty, bardzo, bardzo długi czas, jednak - co jest rzadkością - im dalej w las tym lepiej! Następne 400 stron przeczytałem w niecały tydzień, gdzie dysponowałem paroma godzinami dziennie.
Moja ocena tej pozycji w BiblioNETce to 5.
Buszując po sieci odkryłem pewne ciekawostki. Pierwszą było to, że "Kłamstwa Locke'a Lamory" to zaledwie pierwszy tom z cyklu "Niecni Dżentelmeni", i że dostępny jest już drugi tom pt. "Na szkarłatnych morzach". Na anglojęzycznej Wikipedii odkryłem, że cały cykl ma składać się z aż 7 tomów.
- The Lies of Locke Lamora (June 2006)
- Red Seas Under Red Skies (July 2007)
- The Republic of Thieves (February 2009)
- The Thorn of Emberlain (forthcoming)
- The Ministry of Necessity (forthcoming)
- The Mage and the Master Spy (forthcoming)
- Inherit the Night (forthcoming)
Drugą niespodzianką było to, że Warner Brothers kupiło prawa do ekranizacji powieści. I teraz zastanawiam się czy tak rozciągnięcie powieści na siedem tomów nie jest m.in. wynikiem zakupu praw przez WB, i czy przez to historia Niecnych Dżentelmenów nie sflaczeje jak np. Złoty Kompas?
Wczoraj wszystkim napotkanym znajomym mówiłem: "Słuchaj! Przeczytałem niesamowitą książkę! Kłamstwa Locke'a Lamory! Jest tak dobra, że mózg mi się zagotował i wyparował!".
No właśnie, go on teraz jest? W stratosferze? :3
1 komentarz
10 komentarzy | Literatura 09 października 2008, 18:06:56
Niedawno skończyłem czytać "Siłę Rozumu" Fallaci. Nie będę teraz, rozwodził się nad opisywaniem, co mnie w niej zaciekawiło lub zachwyciło a co zniesmaczyło. Napiszę tylko, że w BiblioNETce wystawiłem książce ocenę 4. Zanotowałem również parę fragmentów, które mógłbym w przyszłości wykorzystać do pracy czy w rozmowach o Islamie. A oto one:
Hallgrim Berg
9 września 1992 roku podczas Zgromadzenia Parlamentarnego Unii Europejskiej w Strasburgu głosowano nad przyjęciem sprawozdania, które sugerowało jeszcze bardziej tolerancyjne traktowanie norm Islamu a które zachęcało również do wprowadzenia studiowania Koranu na wydziałach prawa, teologii, filozofii i historii na uniwersytetach krajów Wspólnoty. Berg zabierając głos, powiedział:
"Panowie, tu już zaczynamy wpuszczać się w maliny. To sprawozdanie nie ma nic wspólnego z Kulturą Islamską widzianą z perspektywy czasu i nie jest tak niewinne, jak się wydaje. Nie jest przede wszystkim dlatego, że nie poświęca ani słowa ohydnemu traktowaniu kobiet w kulturze islamskiej. Ta rzeczywistość jest przez was całkowicie ignorowana, całkowicie zaciemniana pod pretekstem, że na temat Islamu Zachód opowiadał zawsze stek kłamstw. A ja nie będę głosował za sprawozdaniem, które zamiast zająć stanowisko na temat dramatu kobiet muzułmańskich, ukrywa go. Sprawozdaniem, które zamiast poruszyć kwestię Praw Człowieka w Islamie, unika jej. Sprawozdaniem, które choć mówi o Prawach Człowieka, nie żąda od Islamu poszanowania Praw Człowieka. Sprawozdaniem, które ponadto przemilcza prawdę o problemie palestyńskim, o szerzeniu się fundamentalizmu, o negatywnych aspektach Islamu. Aspektach, które z dnia na dzień rozrastają się w zatrważający sposób i które dławią Dialog Europejsko-Arabski. Panowie, wy nie usprawiedliwiacie dialogu. To monolog na cześć Islamu. Solilokwium, w którym w imię liberalnego myślenia, intelektualnej wspaniałomyślności, na rzeczy patrzy się tylko z jednej strony. Ale liberalne myślenie i wspaniałomyślność intelektualna nie przynoszą skutku, kiedy występują tylko po jednej stronie. Domagacie się na przykład wycofania materiałów szkolnych, w których nie mówi się o wkładzie-Islamu-w-rozwój-kultury-europejskiej. A oni? mamy jakiś powód, aby wierzyć, że oni zamierzają zrobić to samo, to znaczy uzmysłowić w krajach islamskich wielki wkład, jaki Chrześcijaństwo i wartości Zachodu wniosły gdziekolwiek i w cokolwiek? Żądacie też wprowadzenia do naszego systemu szkolnictwa, czyli na nasze uniwersytety, w szczególności na nasze wydziały prawa, studiów nad Prawem Koranicznym. A oni? Mamy jakikolwiek powód, by utrzymywać, że studiowanie naszych praw i naszej myśli zostanie wprowadzone na ich wydziały prawa, na ich uniwersytety, do ich szkół? Panowie, wasze sprawozdanie nie jest dokumentem o charakterze kulturalnym. To dokument polityczny, który służy jedynie poparciu interesów Islamu w Europie. W imię demokracji proszę, aby został ponownie przejrzany, przedyskutowany (..)"
po czym przewodniczący Zgromadzenia, Jacques Santer, odebrał mu prawo głosu. Wniosek Hallgrima Berga został odrzucony a sprawozdanie zostało przegłosowane. Oficjalnie stało się Recommandation 1162 sur à la Culture Européenne (fr).[1]
Informacja: Ten sam wpis dostępny jest również w zasobach Wikipedii.
10 komentarzy
2 komentarze | Literatura 18 lipca 2006, 00:22:42
W tym kraju jest strasznie ciężki dostęp do książek. Z bibliotekach są dostępne jedynie
oklepane, wszystkim znane książki w małych nakładach. Gdy chciałem wypożyczyć "Przewodnik po etyce" okazało się, że takiej książki nie ma (za to był "Unix dla opornych" autorstwa Mad doga

Poszperałem po internetowych księgarniach i okazało się, że książka kosztuje 42 zł. Z kosztami przesyłki "za pobraniem" byłoby to
Jeśli już znajdziemy interesującą dla nas książkę to okazuje się, że jest poza naszym zasięgiem finansowym.
2 komentarze
1 komentarz | Literatura 20 maja 2006, 20:22:32
Dziś pod kursor wpadła mi kolejna
pozycja, którą umieszczam w katalogu /eBooki. Napisałbym recenzję ale nie wiem jak zacząć by nie wyjawić ciekawych faktów...

Mogę napisać jedynie, że jest to książka o nieschematycznej fabule. Akcje są dynamiczne a postacie barwne i zaskakujące. Naprawdę warto przeczytać!
Tomasz Kołodziejczak - Wstań i idź
typ: .pdf
waga: 330 kB
objętość: 47 stron
1 komentarz
1 komentarz | Dumanie, Literatura 09 kwietnia 2006, 18:53:22
Fragment Lalki, Bolesława Prusa:
(..) Z domu pan Ignacy wychodził rzadko i na krótko i zwykle kręcił się po ulicach, na których mieszkali jego koledzy albo oficjaliści sklepu. Wówczas jego ciemnozielona algierka lub tabaczkowy surdut, popielate spodnie z czarnym lampasem i wypłowiały cylinder, nade wszystko zaś jego nieśmiałe zachowanie się zwracały powszechną uwagę. Pan Ignacy wiedział to i coraz bardziej zniechęcał się do spacerów. Wolał przy święcie kłaść się na łóżku i całymi godzinami patrzeć w swoje zakratowane okno, za którym widać było szary mur sąsiedniego domu, ozdobiony jednym jedynym, również zakratowanym oknem, gdzie czasami stał garnczek masła albo wisiały zwłoki zająca.
Lecz im mniej wychodził, tym częściej marzył o jakiejś dalekiej podróży na wieś lub za granicę. Coraz częściej spotykał we snach zielone pola i ciemne bory, po których błąkałby się, przypominając sobie młode czasy. Powoli zbudziła się w nim głucha tęsknota do tych krajobrazów, więc postanowił natychmiast po powrocie Wokulskiego wyjechać gdzieś na całe lato.
- Choć raz przed śmiercią, ale na kilka miesięcy - mówił kolegom, którzy nie wiadomo dlaczego uśmiechali się z tych projektów.
Dobrowolnie odcięty od natury i ludzi, utopiony w wartkim, ale ciasnym wirze sklepowych interesów, czuł coraz mocniej potrzebę wymiany myśli. A ponieważ jednym nie ufał, inni go nie chcieli słuchać, a Wokulskiego nie było, więc rozmawiał sam z sobą i - w największym sekrecie pisywał pamiętnik.
Całość można wydrukować z tej
strony
Przy okazji chciałbym polecić tekst Marii Konopnickiej -
Mendel Gdański! Bardzo dobra nowela. Przez zastosowanie
dialektyzacji trochę ciężko się czyta lecz warto... To co mnie skłoniło aby polecic tą nowelkę to ostatni paragraf...
1 komentarz