polski projekt | planeta wiadomości | forum | rozszerzenia | szablony | OpenOffice.org w praktyce | | Jogger
OpenOffice.org Blog

05 lutego 2010, 23:23:36 I w koło Macieju

Kategorie: Polityka, życie | 23:23:36

Kolejny wykład poprowadził duet: mgr Martyna Różycka z NASK oraz dr Konrad Walczuk z Instytutu na rzecz Państwa Prawa. Tematem były "treści szkodliwe w internecie jako nowe wyzwania prawne". Jako rozwiązanie problemu zaproponowano zasłanianie treści, które mogłyby wywołać szok u dziecka (pornografia, dziecięca pornografia, drastyczne zdjęcia powypadkowe). Jednym z wariantów miał być moderator zatrudniony przez ISP, który zajmowałby się filtrowaniem sieci. Wykład wywołał burzę emocji. Wielu wikipedystów uznało to za jawną cenzurę. Porównano ten krok do działalności rządu Chin i Australii. Dyskusja wywoływała u niektórych stan zapalny i ciągnęła się nawet podczas przerwy kawowej. Wykład skończył się, dopiero, gdy na środek wszedł kolejny wykładowca.

Relacja z konferencji Wikimedia Polska 2009

"Te informacje z Polski pokazują też, że powinniśmy być podejrzliwi w stosunku do każdej propozycji odebrania nam wolności, niezależnie od uzasadnienia. Musimy o nią walczyć, w tym roku i kolejnych latach, w USA, Polsce, wszędzie. Nie możemy rozwiązywać drugorzędnych życiowych problemów kosztem praw człowieka".

RMS

"Państwo musi ogłosić, że dziecko jest najcenniejszym skarbem ludzkości. Tak długo, jak rząd będzie postrzegany jako pracujący dla dobra dzieci, ludzie [chętnie] wytrzymają prawie każde uszczuplenie wolności i prawie każdy niedostatek".

N/N

Chcę waszego dobra....

Donald Tusk

1 komentarz

02 lutego 2010, 12:14:53 "Państwowe" jednak oznacza "dziadostwo"

Kategorie: życie | 12:14:53

Odpalając samochód w pewien mroźny poranek, zrobiłem sobie odmrożenia pierwszego stopnia na lewej dłoni. Straciłem czucie na opuszkach czterech palców i częściowo na wewnętrznej stronie dłoni. Idę do lekarza pierwszego kontaktu, przyjmuje mnie jakaś młoda dupa, która obmacuje mi dłoń i nawiązuje dialog.

- Hm, nie wiem co z tym zrobić, ale chwilka.. (tutaj wertuje manual dla newbie). E, nic. W książce są tylko informacje o odmrożeniach w przypadku zakażeń. Pan nie ma zakażenia, więc antybiotyków Panu nie przepiszę.
- To może jakaś maść? Przez te odmrożenia mam wrażenie zalania dłoni woskiem.
- Proszę jeszcze poczekać.
- Małgosiu (dr dzwoni do koleżanki), mam tu Pana, który ma odmrożenia, mówi, że blablabla plepleple... Może wyślę go do chirurga?
- (głos wydobywający się z Samsunga Avilli) Jak chcesz, to poszukam w Internecie..
- Nieee, ja już sprawdzałam w manie. Nic tam nie ma. To nic Małgosiu. Odeślę Pana do chirurga.
- Oto skierowanie. Dziękuję, dowiedzenia.

***

Stomatolog Help Center: Przykro mi, ale aktualnie NFZ nie współfinansuje kosztów zabiegu. Za wszystko musi Pan zapłacić sam.

***

W listopadzie/grudniu zeszłego roku złożyłem wniosek na kurs przekwalifikujący, współfinansowany przez Eurosojusz. Kurs organizuje lokalny ośrodek, a o prawie do wzięcia w nim udziału decyduje Wojewódzki Urząd Marszałkowski. Ponieważ kurs zaczyna się w lutym, urząd miał obowiązek odpowiedzieć do końca stycznia (przy czym obiecano mi, że o wynikach dowiem się w połowie stycznia). Kurs się chyba już zaczął, a ja nadal nie znam wyników.

***

Ministerstwo Sprawiedliwości na swoich stronach strzeliło sobie sweetaśny komunikat o dobrodziejstwie jakim jest e-Sąd. Ów wirtualny sąd miał odciążyć Sad Rejonowy w Lublinie z prostych spraw typu: "ten sukinsyn nie oddaje mi pieniędzy od X miesięcy".

Zarejestrowałem się w systemie i zgodnie z regulaminem, czekałem na weryfikację danych osobowych, która miała potrwać maksymalnie 2 dni. Po tygodniu braku reakcji ze strony sądu, zapragnąłem się skontaktować... i tutaj pierwsze zaskoczenie. Nigdzie nie udostępniono kontaktu. Bo po co ludzie mają zawracać im dupy? :)

Najpierw napisałem do Wydziału Informacji w MS (wi ms gov pl), od którego nie dostałem odpowiedzi. Dopiero po 8 dniach Pan Mirosław Zawadzki (zawadzki ms gov pl) wysłał życzliwą informację, że nie wyrabiają i muszę poczekać. W między czasie, jak po nitce do kłębka, dotarłem do kierownika wydziału IT w SR w Lublinie, który odpowiada za e-Sąd. Ten Pan, który nie udostępnił kontaktu na stronie e-Sądu nazywa się Arkadiusz Opoka (aopoka lublin sr gov pl, tel.: 081 464 75 10) i również kazał mi czekać. Dwukrotnie byłem zapewniany, że do dwóch dni wiadomość powinna dojść.

Za 2 dni minie miesiąc jak wiadomość z Lublina czołga się na Śląsk, a dłużnik szczęśliwie rozpoczyna dziewiąty miesiąc nie spłacania pożyczki.

I słowem nie wspomnę o tym, że e-Sąd jest napisany w ASP.NET, że formularz nie działa, i że strona się ślimaczy. Po co komu jakaś wyimaginowana neutralność?

Aktualizacja: 13.02.10
Urząd Marszałkowski wciąż się nie odezwał, aczkolwiek na stronie ośrodka są wyniki. Zakwalifikowałem się! :) Tylko dlaczego nikt mnie o tym nie poinformował? Od publikacji ogłoszenia minęło już 5 dni roboczych. Teraz pozostało mi odgadnąć miejsce i czas kursu. Szklana kulo, hokus pokus..

Aktualizacja: 25.02.10
Dzisiaj odbędzie się pierwsze spotkanie (kurs?), o czym poinformował mnie właściciel ośrodka całe 2 dni temu. :) Rychło w czas.. na szczęście udało mi się uzyskać dzień urlopu. Urząd Marszałkowski nadal mnie nie poinformował o wynikach i chyba już tego nie zrobi.

NFZ przywróciło możliwość uzyskania refundacji, po czym dowiedziałem się, że w przypadku mojego wyboru, refundacja mi nie przysługuje. :)

8 komentarzy

21 grudnia 2009, 20:17:08 Minął kolejny rok

Kategorie: życie | 20:17:08

I tak, dzisiaj, 10 minut po północy minął kolejny rok życia. Gdy przywołuje swoje postanowienia z końcówki roku kalendarzowego, widzę listę zadań do zrobienia, a na niej m.in.: czytać co najmniej jedną książkę miesięcznie, poprawić pamięć i dykcję, nauczyć się kilku języków, ćwiczyć itd. Patrząc na listę rzeczy wykonanych, widzę same zalążki. Paski postępu z dziesięcioprocentowym i troszkę wyższym pseudo-sukcesem.

Dlaczego tak jest? Główną przeszkodą jest słaba umiejętność zarządzania czasem, no i praca oczywiście ;). Między pracą zarobkową a snem, zostaje naprawdę mało czasu. Dotychczas okruchy czasu przeznaczałem, przede wszystkim na OpenOffice.org i na "bycie w temacie". Kilkanaście subskrypcji RSS-ów, wykop i demoty zabierały większość czasu. Źle też to wpływało na inne prace. Zaangażowanie w różne projekty czy dyskusje nie pozwala np. na napisanie pracy zaliczeniowej. Gdy trzeba wykonać prezentację, nawet trollowy jad wydaje się być interesujący. Niestety, takie przepijanie czasu, chwały ani korzyści nie przynosi. Jedynie co mogę, to szczerze wyznać: tegoroczny rok był wielkim FAIL-em. Zmarnowany czas i zmarnowane życie.

Przed chwilą zamordowałem Akregatora. Swoją wirtualną aktywność chcę ograniczyć do minimum. Jeszcze muszę tylko zrealizować złożone obietnice i skończyć rozpoczęte już projekty.

Chciałbym w końcu wyjechać na fajny urlop, na który wypieprza mnie faszystowsko-kapitalistyczny reżim firmy. Ostatnio sieć znowu obiegła informacja o tanich podróżach. Chciałbym wylecieć gdzieś, gdzie nie będę musiał użerać się z zamarzniętym silnikiem i ubierać się w warstwy jak Ogr. Do tego planu świetnie pasuje wycieczka Katowice > Londyn - Stansted > Lanzarote. 160 złotych kosztuje bilet w jedną stronę. Urlopu mam tyle, że mógłbym i na dwa miesiące uciec od Polskiej rzeczywistości, ale znowu, przeszkodą jest cholerny język, na który nie miałem czasu w tym roku.... Obym w przyszłym mógł z dumą powiedzieć "Quest, udało ci się!".

Tak przy okazji. Wydano OpenOffice.org 3.2.0 PL RC1. Wiecie co z tym zrobić? :)

8 komentarzy

23 sierpnia 2009, 12:26:58 Wycieczki czas

Kategorie: życie | 12:26:58

28-30 sierpnia to czas trzeciej edycji HotZlotu, na którą miałem szczęście zostać zaproszonym. To też dobry moment na to, aby wykorzystać ostatki wakacyjnego słońca i udać się na urlop. W ramach tygodniowych wakacji, postanowiłem jedną nogą odpoczywać, a drugą pozałatwiać niepozałatwiane sprawy. Moja trasa to Zabrze (start) > Poznań > Gdańsk > Olsztyn > Ryn. Potem już wracam z Konradem do jego rodzinnego miasta, czyli do Częstochowy. Dalej pociągiem do miejsca startu.

Na pewno będzie dużo emocji, bo nigdy nie byłem w żadnym z tych miast. Jadę uzbrojony w aparat z pamięcią 32MB, czytnikiem microSD, resztkami pensji oraz sporą dozą optymizmu. Mam nadzieję, że będzie co oglądać, że skosztuję lokalnych specjałów, i że będę miał okazję, by zweryfikować dostępne dane o autochtonach. Przekonamy się czym tak naprawdę jest polska gościnność. :>

Podróż od miasta do miasta trwa około czterech-pięciu godzin (z naciskiem na pięć). Z moich wyliczeń wyszło, że będąc w Gdańsku, będę mógł sobie pozwolić na jeden dzień ekstra obijania się. Zastanawiam się teraz, jak go spożytkować. Czy zostać i dać zarobić gdańskim restauratorom, czy ruszyć dalej, np. do Elbląga, czy zamelinować się w Olsztynie i czekać na HotZlotowiczów, czy co? :)

2 komentarze

16 sierpnia 2009, 00:11:58 Nieprawdopodobne walki Questa z cygańską mafią.

Kategorie: Humor, życie | 00:11:58

12.08.09

Targowisko w Zabrzu zajmuje obszar niemały oraz nieciekawy. Tabuny kurzu oraz toczące się krzaki rodem z westernu przewijają się po pokątnych ścieżkach. Nieprzyjemny pył zapycha dziurki u nosa. Krzaki plątały się pod nogami, uniemożliwiając normalny chód. Obecny dzień w wyjątkowy sposób skupił wiele niezwykłych osobliwości. Można było spotkać, co jest rzeczą niecodzienną, wielu Cyganów, którzy właśnie w tym dniu wyszli ze swoich gett. Czekoladowe kropki połyskujące złotymi wisiorami i bransoletami zalały targ..

Wyruszyłem w głąb targowiska z misją odszukania mojego Firefoksa. Tylko na jednym stoisku znalazłem dobrze wygarbowaną lisią skórę, ale zbyt wyliniałą. Wyruszyłem dalej, jeszcze głębiej, i głębiej, i głębiej, zanurzając się w ciemności. Na mojej drodze stanął najeżony kocur-dachowiec. Kocur ów był zaniedbany, miał czarną przypaloną sierść, otwarte rany, z których sączyła się ropa, skaczące pchły, ale też wielkie, i intensywnie niebieskie ślepia. Przegoniłem dachowca machając na niego ręką i powtarzając "sio, sio, sio!". Kot jeszcze bardziej się zjeżył, ale ustąpił drogi.

Na uliczkach widać było dziwne poruszenie, wśród kupców i wśród kupujących. Jedna klientka, gdy usłyszała echo kociego miauczenia, wpadła w dziwny trans. Zapadła w bezruch, a następnie obruszona spytała czy usłyszałem ten omen. Zignorowałam lokalne zabobony i ruszyłem inną ścieżką. Ścieżka z każdym moim krokiem, stale zwiększała swoją szerokość, tak, że nowa droga z szerokości przypominała dwupasmową autostradę. Na tej zakurzonej autostradzie bawiły się Cygańskie dzieci.

Wtedy nastąpiły dwie kolejne po sobie dziwne rzeczy. Pierwszą było zdanie sobie przeze mnie sprawy, że jestem nieodpowiednio ubrany a ubrany byłem w... garnitur. Drogą rzeczą była nagła chęć rywalizacji. Zacząłem biec przed siebie. Nie dlatego, aby gdzieś dobiec, a po to, aby wyprzedzić wszystkie cygańskie dzieci. Biegłem tak i mijałem je kolejno. Przy co sprawniejszych rywalach przyśpieszałem tak, że obraz otoczenia zaczął się zatrzymywać bądź rozmazywać. Rozłożone i odgięte do tyłu ręce pozwalały szybciej prześlizgać się przez szorstkie podmuchy wiatru. W końcu zostałem tylko ja i jeden cygański chłopiec, a w tym oszalałem biegu zaczęliśmy się zbliżać do ogromnej, metalowej i pordzewiałej kopuły podobnej do tej z filmu MadMax. Wtedy stało się coś dziwnego. Rzeczywistość zamarzła w czasie, ale nie my! Ciągle biegnąc, obróciłem się w kierunku rywala i podskoczyłem zatrzymując się na kilka setnych sekund w powietrzu. Cygańskie dziecko w osłupieniu popatrzyło na mnie, wówczas ja, wisząc w powietrzu wyciągnąłem nogi i mocnym kopnięciem wypchnąłem je poza tor biegu. Biegłem dalej a za moimi plecami widziałem tylko tabun kurzu. W powietrzu czuć było zwycięstwo.

Zawróciłem, by pomóc małemu cyganowi. Pomogłem mu wstać i z uśmiechem podziękowałem za wspaniałą rywalizację. W ten czas dobiegł do nas jakiś dorosły, też Cygan, na oko w wieku 30-35 lat. Zaczął coś wykrzykiwać w swoim ojczystym, dla mnie niezrozumiałym języku. Wśród tego słowotoku pojawiały się też pojedyncze polskie wyrazy, które brzmiały jak bełkot. Zrozumiałem tylko tyle, że jeśli jeszcze raz tknę jego syna, to mnie zajebie. I wtedy stała się trzecia dziwna rzecz. Dorosły cygan wyjął ze swojej kieszeni pilot, z mała ilością przycisków. Wcisnął jeden, wielki i czerwony. Nim się zorientowałem, leżałem na ziemi powalony przez niesamowicie silny cios. To jednak nie był cios zadany z pięści człowieka. Gdy przewaliłem się na bok, zobaczyłem nad sobą wiszącą kopułę, która wcześniej była moją metą. Oprócz kopuły widziałem tylko linę, na której ona wisiała oraz kawałki garnituru i mojej krwi na jej krawędzi. Czułem straszne pieczenie na plecach.

Dostałem za swoje. To mnie nauczyło nie kopać dzieci, gdy czasoprzestrzeń jest zakrzywiona. Srogo pokaleczony zmierzałem w kierunku wyjścia. Będąc już u bram, zaczepiło mnie inne cygańskie dziecko, i wyraźnie coś chciało. Nie mówiło po polsku, ale koniecznie chciało, abym za nim podążył. Poszedłem. Na miejscu okazało się, że mój znajomy z wyścigu stał się ofiarą. Był jeden, otoczony i osaczony przez inne cygańskie dzieci. Był związany i kopany. Podszedłem do agresorów, a ci zrobili trzy kroki wstecz. Oswobodziłem ofiarę z więzów i podszedłem do przywódcy gangu. Chwyciłem gnoja za ramiona, uniosłem w powietrzu i zacząłem trząść nim, tłumacząc, że nie ma prawa znęcać się nad słabszymi. Gnój umarł. Powieki mu opadły a głowa osunęła się na prawe ramię. Mięśnie zwiotczały.
Dlaczego? Kurwa, dlaczego?! Zrobił to z premedytacją! - pomyślałem.

Położyłem zwłoki na piasku. Mając w pamięci ten dziwny pilot, kopułę i zadziornego Cygana, szybko zacząłem kierować się ku wyjściu. Za późno. Cały klan już tam na mnie czekał. Dokładnie to jakieś 7 metrów na lewo, od bramy targowiska. Przy bramie spotkałem znajomego, z którym nie widziałem się już od przeszło 8 lat. Łukasz maszerował z jakimś kamratem. Miał na sobie dziwny uniform archeologiczny i torbę z przyrządami do eksplorowania przestrzeni. Wyciągnął do mnie dłoń i przywitał się w tym samym stylu, w jakim to robił 8 lat temu. To dziwne, bo przez te 8 lat nieraz widzieliśmy się na ulicy, ale nigdy się do mnie nie odezwał. Odpowiedziałem na gest przyjaźni i pomaszerowałem za nimi. Weszliśmy w wąskie uliczki, które otoczone były przez stare, walące się kamienice z mnóstwem tajemniczych przejść. Łukasz prowadził, a ja zabezpieczałem tyły. W jakimś momencie koledzy skręcili w prawo, wchodząc w nieznaną piwniczkę. Gdy się obróciłem, ich już nie było.

Łukasz, Łukaszzz! Gdzie jesteście?! - krzyczałem, jednak nie uzyskałem odpowiedzi. Wszedłem w piwniczkę, do której mogli wejść moi towarzysze. Była mała, wąska, słabo oświetlona. Skąpe promienie światła wpadały przez nierównomiernie wyżłobioną szczelinę w ścianie. Miała ona kształt przypominający trochę poziomy prostokąt, trochę elipsę. Szpara po prawej stronie była węższa od lewej części. Żaden człowiek nie mógł się przez nią prześlizgnąć, ale mimo to ja spróbowałem. I nie udało mi się. Nerwowo zacząłem szukać... czegoś. Wnet dostrzegłem z górnej partii ściany przebijające się promienie światła kształtujące się w kwadrat o wymiarach jednego metra. Bez namysłu, jak to możliwe, że go wcześniej nie zauważyłem, z całą dostępną mocą wypchałem ten kwadrat. Oślepił mnie napływ światła słonecznego. Z pewnym trudem udało mi przejść przez tajemne przejście, unikając tym samym egzekucji.

Zdyszany oparłem się plecami o ścianę i podparłem kołyszące ciało sztywną ręką. Pod dłonią, która przywarta była do lodowatego betonu, poczułem coś śliskiego, lepkiego i ruchliwego. Spostrzegłem, że siedzę w gnieździe ohydnych szczypawic. Niezidentyfikowane śliskie i lepkie "coś" to była robacza krew i robacze bebechy, które przykleiły się do mojego ciała, kiedy usiadłem na ich gnieździe. Szybko podskoczyłem w amoku i wstałem. Znajdowałem się chyba wtedy na trzecim piętrze jakiegoś wieżowca. Jeszcze szybciej przeskoczyłem na najbliższy balkon. Balkon ten był bardzo chwiejny. Nie załamywał się jak normalne budowle. Po prostu wyginał i ciągnął się w dół i na boki jak wygina i ciągnie się jadany, gumowy wąż dostępny w pobliskich delikatesach. Podczas przeskoku, z zewnętrznej kieszonki marynarki wypadły mi trzy rzeczy: dokument, żółty długopis i jakaś trzecia rzecz.

Balkon ten był oblężony przez różne anteny, antenki, kable, monitory i tajemniczą mechanikę. Jak się później okazało się, na owym balkonie swoją siedzibę miała współpracownica Owsiaka, która zbierała krew w ramach kolejnej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

W czym mogę pomóc? - usłyszałem od kobiety w średnim wieku.
- Ja, eee.
- Może zechciałby Pan oddać krew?
- ... no dobrze.
- Potrzebuję Pana dowodu osobistego. O, a tutaj proszę się podpisać
- Chwila, gdzieś tutaj miałem dowód osobisty i długopis - odburknąłem oklepując marynarkę i kiszenie spodni.

- Nie mam! Nie mam! - Wykrzyknąłem te słowa wpadając na balkon i wymachując dookoła zaciśniętymi pięściami. Nagle, ni stąd nie zowąd, poczułem dziwny uścisk na mojej lewej pięści. Nerwowo odwróciłem głowę i ujrzałem cygańską kobietę, w wieku 45 lat, w długiej szarawej sukni, która... pochłonęła moją pięść. Po prostu trzymała ją w szczęce i zaciskała zęby. Wgryzała się w knykcie i doprowadziła do krwawienia. I zaczęła cedzić przez zęby:
- Jesteś uzależniony od heroiny! Masz HIV-a, i za niedługo umrzesz! - mówiła to z makabrycznym uśmieszkiem na twarzy.
- Co ty bredzisz kobieto? Jestem czysty i zdrów jak ryba! Chyba że..ty..specjalnie wgryzłaś mi się w dłoń, by zmieszać naszą krew? - wymawiając końcówkę tych słów zacząłem w dzikim szale wywijać lewą ręką, tak by zrzucić pasożyta. Nic to nie dało, kobieta tylko mocniej zaciskała zęby. Zacisnąłem palce prawej dłoni w pięść i zacząłem okładać ją po głowie. Biłem w czoło, w potylice i żuchwę. Za trzecim mocnym uderzeniem w policzek, wypadła jej szczęka. Czułem jak jej przesuwające się zęby trą o moje kostki.

Zdyszany i poraniony, utrzymujący w połowie prostą pozę tylko dzięki sztywnej prawej nodze, odwróciłem się w kierunku wolontariuszki WOŚP, i mówię:
- Badania krwi, tak? To już wiem skąd ta dziwna propozycja.

Wystarczyło, że zrobiłem krok ku "wolontariuszce", a z sufitu, niczym przerażony nietoperz, spłynął na mnie obcy mężczyzna. Nie wiadomo skąd się wziął, ale wiadomo jak wyglądał. Był 56 letnim starcem, z łysiną z przodu i lekkim siwym włosem z tyłu czaszki. Sama czaszka była głęboko pomarszczona a skóra miała barwę ciemnej żółci i brudu. Oczy niezidentyfikowanego koloru, podkrążone wielkimi nakładającymi się na ciebie fałdami skóry i brudu. Zębów praktycznie nie miał, nie licząc trójki i dwójki z góry oraz jedynki z dołu. Zęby były czarne i wypływała z nich dziwna maź. Dziąsła odchodziły z poranionych szczęk. Sama postura starca była.. charakterystyczna. Drobny szkielet z cienką warstwą skóry.

Dziadyga naskoczył na mnie trzymając w swych bezzębnych wargach trzy zanieczyszczone igły. Nic nie mówił tylko siłował się ze mną, i próbował wbić mi je w szyję. Nasza siłaczka trwała dobrych kilka chwil. Zluzował uścisk lewej ręki i lekko rozsunął wargi, tak by móc gibko przechwycić lecące w powietrzu igły. Nie udało mu się to. Silnym uderzeniem w jego lewe ramię odciągnąłem jego dłoń od celu. Przechwyciłem upadającą śmierć. Igły wbiłem mu w oczy. Dwie w prawe oko a trzecią w lewe.

Całkowicie pokiereszowany, zwyciężając niezliczoną liczbę przedziwnych wrogów, wyszedłem na parking szukając swojego samochodu. Nie mogłem jednak znaleźć swojej Ibizy. Nie było jej na miejscu, gdzie wcześniej ją zaparkowałem. Po obu stronach miejsca gdzie zaparkowałem, wciąż stały te same samochody, lecz w środku, gdzie miał stać mój, stał dziwaczny samochód-pokraka. Miał wysokie zawieszenie, ogromne koła bez felg, zamiast karoserii wszędzie były zespawane ze sobą rurki tworzące kontur obcego mi samochodu terenowego. Niepewnie sięgnąłem po pilot i wcisnąłem przycisk otwierania drzwi. Otworzyło...

Wsiadłem i odpaliłem pokrakę kierując się szybko do apteki z laboratorium. Samochód został ciekawie stunningowany przez nieznajomego dowcipnisia. Pod siedzenie podpięto gaz, tak, że wystarczyło usiąść i wcisnąć sprzęgło. Hamulec nie działał, a jego rolę zastąpiło właśnie sprzęgło. Kierownica skręcała, samochód jednak stawiał opory. Z wielki trudem dojechałem do apteki zlokalizowanej przy placu Krakowskim, zaraz za skrzyżowaniem. Pędem wbiegam do apteki krzycząc:
- Ugryzła mnie osoba zarażona wirusem HIV! Natychmiast potrzebuję zażyć leków antywirusowych!

Ekspedient zaskoczony sytuacją zaniemówił. Za to jego klient, mężczyzna w wieku lat trzydziestu, właśnie kupujący truskawkową pasę do zębów swojej dziewięcioletniej córce, wydarł się, informując, że mam zaczekać w kolejce, aż skończy robić zakupy.

Wybiegłem z apteki z zamiarem znalezienia następnej. Za rogiem wpadłem na dużego i postawnego człowieka wraz z grupkę młodzieży. Ów człowiek okazał się być druhem drużynowym grupy harcerskiej.

- Co się z Panem dzieje? - usłyszałem od barczystego olbrzyma w brązowo-zielonym stroju, a od którego bił szczery uśmiech.
- Potrzebuję leków antywirusowych! Gdzie jest następna apteka - nerwowo ripostuję.
- Proszę się uspokoić i pozwolić mi się opatrzyć - odpowiedział, zaprowadzając na trawnik oddalony o jakieś 2-3 metry i robiąc opatrunek z przyulicznych mleczy, innych kwiatów oraz ziół.

....

CDN_JD.

Wszelkie i wszystkie prawa do druku, ekranizacji i zmonetyzowania tej popieprzonej fabuły należą do mnie. :)

4 komentarze

26 lipca 2009, 20:31:31 Ciąg dalszy sporu o źródło niusa

Kategorie: Ogólne, życie | 20:31:31

Gdy powiedziało się A, trzeba także powiedzieć B.

Podrzuciłem link do swojej notatki jednemu z newsmenów DobrychProgramów. W odpowiedzi przeczytałem kilka gorzkich słów oraz obietnicę wyjaśnienia sprawy. Postawiono mi między innymi zarzut robienia złej prasy oraz robienia szopki w celu zdobycia poklasku w komentarzach (i pewnie za przytoczenie tych słów też mi się dostanie). Nie mogę nie przyznać częściowej racji autorowi tych zarzutów. Spoglądając na komentarze do wcześniejszego wpisu, nie można też nie zauważyć tych komentujących, którzy wylewali pomyje na serwis, w stworzenie którego włożono mnóstwo energii, a który ma teraz 5 milionów czytelników.

Mogłem też stworzyć coś w stylu "złej prasy", ale czy faktycznie to zrobiłem? Wiedząc jak emocjonalnie reagują ludzie na tak chwytliwe hasła jak "kradzież", dopilnowałem by moje rzeczywiste intencje były wystarczająco dobrze uwypuklone na końcu notki. Później je rozszerzałem, gdy uznano je za niewystarczające.
A dlaczego napisałem "coś w stylu "złej prasy"? Bo nie uważam, aby wortal takiej miary jak DobreProgramy mógł brać odpowiedzialność za niedoświadczonych newsmanów, pospolitych świeżaków, którzy odbywają tylko staż. Natomiast w ogóle nie zgadzam się z zarzutem zdobywania poklasku w komentarzach. Niby w jakim celu? Aby zwiększyć liczbę odsłon i móc wstawić reklamy kontekstowe? Przez cały dzień uzbierało się 15 komentarzy. A może chciałem tylko połechtać swoje ego? ;) Dajmy sobie z tym spokój. Tak czy inaczej, postanowiłem wyłączyć komentarze do tego wpisu, a poprzedni wpis przeniosłem na wyższy poziom, by dalej nie robić złej prasy, i aby pamiętać jak nie pisać, niewyważonych notatek.

Przechodząc do meritum. Z redakcją tego serwisu dobrze się dogadywałem od bardzo dawna. Podsyłałem niusy lub dawałem cynk o nowych wydarzeniach, publikowano moje wywiady lub informowano publikę o nich na stronie głównej. Wszystko było (i jest) lepiej niż tylko OK. Potem zobaczyłem niusa, który uznałem za przeróbkę mojego, opublikowanego na OSNews.pl. Pierwsza myśl jak przyszła mi do głowy, to, że faktycznie ktoś "ukradł" moją informację, natomiast słowo "ukradł" miało mieć zdecydowanie humorystyczno-głupkowaty wydźwięk, i taki miało wśród kamratów, którym pokazywałem wiadomość ("kradną moje dane, czy to już jest marka? :D"). Panom z DobrychProgramów, gdy zobaczyli nagłówek, na pewno nie było do śmiechu, ale mnie to bawiło (nie śmieszne to co śmieszne, ale to co kogo bawi). Bawiło tym bardziej, że ani ja, ani nikt ze znajomych nie traktował tego poważnie. Wytłuściłem swoje intencje na samym dole strony, aby do każdego dotarły. Nagłówka nie można też było brać poważnie z innego, prostego powodu. Jestem osobą, która dzieli się tekstami na licencji CC, a fotografiami na CC i PD. Znaczenie zdania "kradzież własności intelektualnej" w moim słowniku nie występuje. My po prostu na nowo wypowiadamy te same słowa, które ktoś wcześniej wypowiedział. Mimo wszystko muszę przyznać, że prawdopodobnie większość komentujących mogła odebrać ten nagłówek na opak (tylko dlaczego? Czyżby nie umieli czytać bądź nie czytali całej treści?). To kolejny powód dla którego zdecydowałem się ukryć wpis.

"Kradzież" to był pierwszy, niepoważny i niefortunny problem, który postawiłem. Drugi, ten istotniejszy i rzeczywisty to niepodanie źródła. Gdy już ukryłem wpis, odezwał się do mnie Docent z oficjalnym stanowiskiem. Nie zdążył z jego publikacją w komentarzach, więc mam obowiązek przedstawienia go tutaj.

Witam,

Reprezentuję redakcję vortalu dobreprogramy i chciałbym napisać tutaj kilka słów wyjaśnienia.

Po pierwsze, wszelkie kwestie związane z możliwymi naruszeniami praw autorskich traktujemy bardzo poważnie. Podjęliśmy zatem wszelkie starania, by razem z Nicolassem - autorem spornego newsa - wyjaśnić całą tę sytuację. Z przeprowadzonej w redakcji analizy treści materiału, analizy treści informacji dostępnych na blogu OpenOffice i mojej najlepszej wiedzy wynika, że nie ma mowy o jakimkolwiek, nawet częściowym plagiacie. News istotnie wykazuje pewne podobieństwa, ale z całą pewnością nie pozwalają one stwierdzić, że materiał opublikowany przez Nicolassa był inspirowany treścią Questa.

Po drugie, osobiście jestem wręcz zaskoczony pretensjonalną formą powyższej publikacji. Kategorycznie nie zgadzam się z tytułem "Okradli mnie z własności intelektualnej", nawet jeśli to bądź co bądź poważne oskarżenie miałbym traktować "z przymróżeniem oka". Quest, znamy się osobiście, mogliśmy o tym po prostu porozmawiać - mam głęboką nadzieję, że w przyszłości unikniemy niepotrzebnych i bezzasadnych publicznych oskarżeń.

Chwila! Plagiat to podpisywanie się pod cudzym tekstem swoim nazwiskiem. Tutaj chodziło tylko o podanie źródła. Jak się później dowiedziałem: "poprzez plagiat mam na mysli jakiekolwiek zapozyczenie badz inspiracje". W takim razie czy to koniec? Chyba tak. Arbiter uznał, że materiał jest w stu procentach autorski, nie ma jakichkolwiek zapożyczeń a źródło zostało podane w treści wiadomości jako link. Tudzież nie mogę zgodzić się z tą opinią. Uważam, że istnieją całkiem poważne przesłanki, aby sądzić, że to osnews.pl jest źródłem.

Przede wszystkim są to szczegółowo opisane elementy, których opis nie jest dostępny w źródle (GullFOSS), do którego linkował Nicolass. Nie ma tam wzmianki o podglądzie styli dla slajdów, fontów, obiektów czy pokazu prezentacji 3D. W źródle nie ma też niczego takiego jak "odwrócona Wstążka". Tekst ten jest moim, błędnym określeniem na pływający pasek narzędzi (Floating Toolbar), który wymyśliłem na szybko, gdy sklejałem niusa na kolanie. Microsoftowa Wstążka to "toolbar, combined with a tab bar" i tak naprawdę analogią do Wstążki w tym prototypie jest "Tabbed Toolbar". Kolejna rzecz to ostatni akapit informujący o tym, że Impress jest punktem startu. Tego również nie ma w niusie. Informacja ta pojawia się dopiero w komentarzu projektanta do odpowiedzi komentującego.

Dziwne, że nikt z arbitrów nie dopatrzył się zapożyczenia (nawet błędnego tłumaczenia). Nie ma już co drzeć kotów, zostawiam tę sprawę w spokoju, aczkolwiek uważam, że ten newsman nie jest do końca szczery. Ja, aby się o tym dowiedzieć musiałem rzucić okiem na prototyp, a on to wyczytał ze źródła, które o tym nie informuje...

Ps. Na końcu muszę wziąć DP w obronę przed tymi, którzy nazywają serwis wylęgarnią trolli. Jakby to powiedzieć.. nihil novi sub sole. :) To normalne, że na 5 mln czytelników, znajdzie się mnóstwo komentujących trolli. Nie sposób tego ogarnąć. Jednak siła i popularność tego sajtu tkwi w bazie aplikacji i częstości pojawiania się niusów. I tutaj poziom jest dobry. A w tym roku, jak dobrze przypuszczam, pojawi się nowa odsłona witryny z kategoriami dla Linuksa i MacOS X, co przemieni DobreProgramy częściowo w serwis społecznościowy. Już widzę oczami wyobraźni Linuksowych Fanboyów odpływających z LinuxNews.pl do DP.pl ;) Czy wy też wyobrażacie sobie te wojenki? ;)

Komentarze wyłączone

08 lipca 2009, 20:48:39 Katolicy nie kłamali

Kategorie: Humor, życie | 20:48:39

Katolicy nie kłamali mówiąc, że od oglądania porno traci się wzrok!

Wczoraj odbyłem swoją pierwszą w życiu wizytę u okulisty. Pani posadziła mnie na fotelu i kazała patrzeć przez różne szkła w swoich tajemniczych goglach. Po kilkunastu minutach od badania i po rozmowie, chciała umówić się na drugie spotkanie, w sobotę wieczór (niestety nie na randkę ;-). Nie ma pewności czy moje pogorszenie się wzroku jest wynikiem jakiejś postępującej choroby (np. moja matka i jej siostrzenica mają astygmatyzm, ja podobno nie) czy to przesunięcie-czegoś-w-oku (tutaj jest miejsce na trudną nazwę). Badanie ma sprawdzić czy wada jest rzeczywiście wynikiem zbyt długiego siedzenia przy PC, czy choroby. Zabieg ma trwać minimum 40 minut i polegać na zakraplaniu oczu oraz na pobudzaniu ich za pomocą impulsów elektrycznych (WTF?). Po takim zabiegu źrenice będą nienaturalnie szerokie, co spowoduje tak ogromne rozmazanie obrazu, że wręcz ślepotę.

Niewiarygodne? Brzmi jak tortura? Pewnie tym właśnie to jest - niewiarygodną torturą! Jeśli przeżyję (w jednym kawałku), ciąg nastąpi..

10 komentarzy

12 czerwca 2009, 17:39:31 O dwóch europosłach PO

Kategorie: Polityka, życie | 17:39:31
 

10 komentarzy

01 czerwca 2009, 14:48:28 Już za chwilę zostanę ojcem..

Kategorie: życie | 14:48:28

Wczoraj o godzinie 11 urodziła się Melania, moja siostrzenica. A już za chwilę zostanę ojcem chrzestnym. O! Taki zaszczyt mnie kopnął! Już załatwiłem papier, chociaż proboszcz stwarzał problemy. Teraz muszę pójść do spowiedzi i dostać podpis od Boga, że jestem czysty.

Szkoda, że urodziła się już 31 maja. Jako ojciec chrzestny będę musiał teraz kupować jej dwa prezenty: na urodziny i na dzień dziecka. ;) Cóż, będzie co świętować a na razie zostaje uzupełnić drzewo genealogiczne (via geni.com) o nowego człowieczka. :)

3 komentarze

27 maja 2009, 20:58:14 "Sługusy kapitalizmu"

Kategorie: życie | 20:58:14

Na stronie urzędu miasta szukam natchnienia na pracę zaliczeniową. Szukam go w dziale Dla mieszkańców > Czas wolny. I co znajduję?

„W tym miejscu w 1924 roku od kul sługusów kapitalistycznych w walce o wyzwolenie klasy robotniczej zginął towarzysz Roman Nowak. Cześć jego pamięci” – głosi treść tablicy, która powstała w 1924 r.

Takie rzeczy "tylko" w wolnej, kapitalistycznej Polsce! :) Ciekawe czy to zabytek, którego PiS-owi nie udało się "zdekomunizować" przez umowy z matuszką Rosją.

BTW. Może ktoś z Zabrza (lub z okolic) może podrzucić pomysł na napisanie prostego reportażu? ;)

2 komentarze

06 maja 2009, 15:46:40 Pakiet telekomunikacyjny a wybory do Parlamentu Europejskiego

Kategorie: Polityka, życie | 15:46:40

Mówiłem, że europosłowie nie zgodzą się na tak radykalne ograniczenie wolności obywateli przed wyborami? Mówiłem! I miałem rację.

Wniesienie poprawki w głosowaniu plenarnym przekreśla nieformalne porozumienie i oznacza powrót do negocjacji nad pakietem jesienią, w nowej kadencji Parlamentu Europejskiego.

Jak tylko świnki będą miały zapewniony dostęp na odnowionego korytka, zacznie się ucisk.

8 komentarzy

21 marca 2009, 19:37:26 Takie są konsekwencje ratowania dup bankierom. Monty Python przerażony!

Kategorie: życie | 19:37:26

Ulubiony bank wszystkich Amerykanów - American International Group (AIG) źle zarządzał powierzonymi pieniędzmi, w konsekwencji czego stracił znaczną część funduszy a spółka balansowała na krawędzi bankructwa. To smutne kiedy tracimy oszczędności życia i ciężko się pogodzić z taką starą, ale w takiej sytuacji należy przywołać dwie sentencje. "Shit happens" Foresta Gumpa oraz "Jeśli coś może pójść źle, na pewno będzie jeszcze gorzej" (Murphy?)

Oczywiście druga sentencja została zrealizowana. Jak to w życiu. Cała ta socjalistyczna hołota oraz jej różne socjaldemokratyczne odcienie zadecydowała o sfinansowaniu długu prywatnego z pieniędzy podatników. Kongres przekazał miliardy zielonych ludziom, którzy doprowadzili do bankructwa banku. W konsekwencji, Amerykanie którzy stracili oszczędności życia (w tym domy) mieli z zapłaconych podatków sfinansować dług upadającego banku, tak by mogli wyciągnąć z niego wcześniej utracone pieniądze.

Dzisiaj wieść niesie, że AIG, które uzyskało 180 mld dolarów, zdążyło już wydać 165 mln dolarów na.... premie dla menadżerów! Nastało wielkie oburzenie, dlatego też kongres nałożył 90% podatku na pieniądze z planu ratunkowego!

Jak to wygląda? Źle zarządzany bank bankrutuje / ludzie tracą pieniądze > Źle zarządzany bank jest ratowany > ludzie tracą podwójnie (oszczędności i podatki) > Bank jest dalej źle zarządzany / pieniądze są defraudowane > Państwo nakłada podatek na pieniądze z podatku.

Ron Paul mówił, aby nie ratować dup tym pasożytom. Że plany ratunkowe/stymulacyjne tylko pogłębią kryzys. Oczywiście nikt go nie słuchał, bo po co? Przecież ludzie by stracili oszczędności życia. Pierdu pierdu.

Aktualizacja 26.03.2009
Ponieważ po ostatnim skandalu, nazwa "AIG" zaczęła się źle kojarzyć, szefowie tej korporacji zadecydowali o przebrandowieniu. Nowa nazwa AIG to AIU Holdings Ltd. Zapamiętajcie! [src]

4 komentarze

06 stycznia 2009, 16:35:37 Dzisiaj o piractwie, magii i zakupach

Kategorie: Ogólne, życie | 16:35:37

W sieci odkryłem filmik o biedaku, który utknął w windzie na 41 godzin. Choć sam filmik był obrzydliwy, autor montażu osadził w tle ciekawą muzykę. Bardzo mi się spodobała. Zacząłem pytać ludzi, co to za utwór. Jeden znajomy zasugerował mi podążanie za twórczością Yann Tiersen. Dla próbki, ściągnąłem z chomikuj.pl album Amelia OST. To był ślepy trop, i utworu nadal nie mam, tak więc jak znacie autora i nazwę utworu, piszcie w komentarzach! ;)

Twórczość Tiersen wywołała na mnie piorunujące wrażenie. Zacząłem szukać informacji związanych z kompozytorem i z albumem. Album okazał się być ścieżką dźwiękową do filmu Amelia (2001). Wysokie noty na filmwebie i rekomendacja redakcji tegoż serwisu zachęciły mnie do obejrzenia filmu. No to zaczęło się. Google > "Amelia (2001) peb.pl" - jest, ale w RMVB, który nie chce grać na moim Ubuntu (SOT#1). Do tego podzielone na wiele części a limity na rapidshare nie zachęcały do korzystania z tej opcji. Dalej. Google > "Amelia (2001) torrent". Wyskoczyły różne wersje, znów rmvb, albo francuskojęzyczne, albo coś co mi nie pasowało. Po jakimś czasie odkryłem plik Amelia.(Lektor.PL).avi na chomikuj.pl (i po co było tak daleko szukać?).

Film ważył 738,5 MB a ja już wykorzystałem 48 z 50 MB tygodniowego transferu. Nie było rady, należało wykupić dodatkowy transfer. Szybkimi zapytaniami u Wuja Dobra Rada Google upewniłem się, że chomikuj.pl nie oszukuje ludzi a SMS za 2 złote + VAT kosztuje 2 złote + VAT. Po wysłaniu SMS-a i aktywacji dostałem cudne 1024 MB dodatkowego transferu. Film pobrał się bardzo szybko, dzięki wykorzystaniu pełnej przepustowości mojego łącza (~ 240 kB/s). Gdy odkryłem, że za 2,44 mogę szybko i bez zbędnego klikania, bez użerania się z limitami i cudaczenia pobrać interesujący film,.. wtedy właśnie pokochałem chomika szczerą miłością! Najlepsze jest to, że w przeciwieństwie do torrentów, ten proces wymiany plików jest jak najbardziej zgodny z polskim prawem! Nie zachodzi tutaj zjawisko dalszego rozpowszechniania danych osobom trzecim, czyli nie jesteśmy piratami (w świetle prawa oczywiście). Wczoraj zrozumiałem, że garstka ludzi hodując małego sierściucha, wyhodowała kurę znoszącą złote jaja.

Film był magiczny tak jak sama muzyka. Surrealistyczny i niezwykły. Dla takich filmów warto wydawać 20 złotych w kinie. "Amelia" to właśnie jeden z tych nielicznych filmów, które chciałbym zachować i pokazać swojemu dziecku - czyli w moim mniemaniu film jest bardzo wartościowy.

Zacząłem przekopywać sieć za jakością DVD, no i z polskim lektorem. Jedyną możliwością zdobycia filmu było kupno poprzez Empik.com. Zacząłem robić zakupy....

I teraz, niczym w powieści Hitchcocka idziemy od końca tej historii do jej początku, by poznać finał.

Magiczne ceny w Empik.com

Z rana szukałem wieloosobowej, rodzinnej gry planszowej. Po kilkudziesięciu minutach szukania i analizowania TCO (m.in koszt gry+koszt dostawy/koszt dojazdu do lokalnego Empiku i kupna za rynkową cenę) zdecydowałem się na Monopoly - Tu i teraz banking. Gra kosztowała 153 zł (152,99). Dokonując zakupu w Empik.com wyświetlił mi się komunikat oświadczający radośnie, że robiąc zakupy powyżej 150 złotych, dostawę na terenie całej Polski mam gratis. Ucieszyłem się bardzo! Zarejestrowałem się w systemie zaledwie 5 minut temu a tu takie bonusy, i to przy pierwszych zakupach! Zależało mi na nienagannym stanie pudełka to też wybrałem sposób dostawy: "Kurier UPC" (koszt: 14 zł).

Nastał czas płatności. Postępowałem zgodnie z procedurą, już miałem wysłać kasę przez mTransfer mBanku, gdy wyskoczył mi komunikat o braku środków na koncie. Wycofałem się z operacji i czekałem do wieczora na przypływ pieniędzy.

W między czasie wydarzyła się historia z Amelią. Gorąco zapragnąłem ja posiąść! Szukałem sposobu by scalić Amelię z Monopoly. Nie chciałem płacić za dostawę jednego DVD. W FAQ wyczytałem, że nie ma takiej możliwości. ;) Musiałem anulować tamto (nieopłacone) zamówienie i złożyć nowe. Tak też zrobiłem, tylko co mnie zdziwiło? To jak Empik.com szybko zmienił cenę gry Monopoly ze 152,99 z darmową dostawą na 149,99 z dostawą za 14 złotych. Lawiranci!

Zrzut ekranu nr 1
Zrzut ekranu nr 2

Epilog

Tym oto krótkim wpisem chciałem zwrócić uwagę na kilka rzeczy.
1. Piractwo może być źródłem zysków dla artystów.
2. Chomikuj.pl to wspaniały serwis. Korzystajcie z niego!
3. Empik prowadzi nieuczciwe zagrywki.

12 komentarzy

26 grudnia 2008, 11:56:53 Odmienić czyjeść życie - część pierwsza

Kategorie: Co z tą Polską?, życie | 11:56:53

Od dłuższego czasu zbierałem się, aby komuś pomoc. Pomóc, ale tak naprawdę. Wkładając w to wysiłek i serce. Dwa dni przymusowego, przedświątecznego urlopu stało się dobrą okazją do zrealizowania tego celu.

Etap pierwszy - zrobić paczki z żywnością. Etap drugi - nie poprzestać na doraźnej pomocy.

Pracuję w fabryce, w której w dziale produkcyjnym jest niebywale duża rotacja ludzi. Wielu przychodzi na próbę, niewielu ją potrafi przetrwać. Ludzie przychodzą - na dzień (sic!) lub na tydzień pracy, po czym znikają. Ci wytrwali potrafią przetrwać nawet okres próbny trwający 3 miesiące. Tylko nieliczni zagrzewają stanowiska.

Pomyślałem, że mojemu potencjalnemu podopiecznemu oprócz żywności podaruję możliwość pracy. Podaruję oczywiście w cudzysłowu, bo kierownikiem jest ktoś inny.

Kim miałby być mój podopieczny? Nikim. Zwykłym biedakiem grzebiącym w śmieciach.

Etap pierwszy

Należało zdobyć coś pożywnego i zdrowego. Z jednej strony miałem problem studenckiego budżetu a z drugiej strony dylemat, czy kupić coś wartościowego, czy taniego. Czy osoba bezdomna poczuje różnice między tanim a drogim jedzeniem?

Zdecydowałem się na sypnięcie groszem i kupieniem dokładnie tego samego co ja jadam, a nawet więcej. W skład mojej paczki weszły:

  1. Filety śledziowe w śmietanie Marinero 800 g
  2. Mały chleb krojony z sezamem z piekarni Schmit
  3. Woda niegazowana Cisowianka 1,5 l
  4. Sok pomarańczowy Costa 2 l
  5. Mój szprotowy MIX. Bardzo pożywny.
  6. Strucla Jabłkowa od firmy OSCROBA
  7. Czekolada orzechowa/mleczna Alpengold/Goplana
  8. Szczoteczka do zębów oraz pasta Colodent

Udało się! W paczce znalazło się coś pożywnego i zdrowego, na słodko oraz środki higieniczne. Nie mogłem pozwolić, aby mojemu podopiecznemu śmierdziało z ust podczas rozmowy z kierownikiem zakładu.

Przyznam szczerze, że gdy zapakowałem jedzenie w trzy reklamówki, poczułem małą dumę.

(Gdyby ktoś chciał zrobić identyczną paczkę, może zerknąć na cennik poszczególnych produktów.)

Etap pośredni - zmiana targetu

Moja matka, gdy tylko dowiedziała się, co zamierzam, zaczęła mi odradzać obdarowywanie typowych żuli grzebiących w śmietnikach. Mówiła, że ci ludzie to alkoholicy, którzy tylko gdyby chcieli, znaleźliby pracę, a tak żyją z dnia na dzień. Poradziła mi dostarczyć pakunki do Domu Świętego Brata Alberta. Pierwsza myśl? Aha! To tam gdzie organizują kursy Mandrivy i OpenOffice.org dla bezdomnych! Druga myśl - to wcale niegłupi pomysł!

Szybkim rzutem hasła w google odnalazłem stronę Domu Brata Alberta wraz z adresami. Kolejnym szybkim rzutem, tym razem w Wikipedii, odnalazłem artykuł poświęcony tej osobie i zaznajamiałem się z jej życiorysem - pomyślałem, że "wypadałby wiedzieć" - chociaż do tej pory nie wiem po co.

Etap drugi - niezrealizowane plany

Był 24 grudnia. Dochodziła 10. Szybkim tempem dojechałem pod ośrodek dla mężczyzn.
Do oddziału kobiecego miałem bliżej, ale moje powątpiewania co do przyjęcia kobiety na stanowisko produkcyjne w fabryce było tak duże, że zmieniłem ośrodek. Po tej decyzji czułem się jak szowinistyczna świnia, która odbiera człowiekowi możliwość wyjścia z bezdomności tylko dlatego, że ma pochwę.

Zapukałem. Drzwi otworzył "pensjonariusz". Poprosiłem o wizytację u kogoś w biurze, która oczywiście została spełniona.

Mym oczom ukazał się młody, wysoki, dobrze odżywiony i bardzo dobrze ubrany pracownik. Byłem zaskoczony, że ktoś tak niepasujący do bezdomnych pracuję w takim ośrodku. Co prawda, jadąc tam, oczekiwałem rozmowy z osobą świecką, a nie z zakonnikiem, jednak nie byłem przygotowany zobaczyć pracownika biurowego w tak dobrym stanie.

Zacząłem rysować w powietrzu moją wizję pomocy. Opowiedziałem, że oprócz doraźnej pomocy w formie jedzenia chciałbym pomóc komuś znaleźć pracę, by ten, zamiast później przyczepić się do darczyńcy i pasożytować, wziął się do roboty i wyszedł z dołka.

Opisywałem jak działa fabryka i w jakiej konkretnej części miasta leży. Opisałem, na czym ta praca polega i w jakich warunkach się pracuje. Starałem się przekazać całą zgromadzoną a niej wiedzę: gdzie leży, jacy są ludzie, w jakich godzinach się pracuje, w jakich warunkach, jaka płaca itp.
Kiedy już mu wszystko opowiedziałem, ten przyznał się, że jest nowy i... wezwał panią Basię, której musiałem wszystko opowiedzieć od początku.

Gdy i ona usłyszała moją opowieść, oznajmiła: "W tym ośrodku mamy 35 mężczyzn, z czego 80% to byli alkoholicy" (wcześniej dopowiedziałem, że w fabryce nie może pracować człowiek uzależniony od alkoholu). Dodała: "z czego 60% to ludzie z grupami inwalidzkimi, niemogącymi podjąć pracy". Zatkało mnie. Oczekiwałem przypadku, w którym facet został okradziony przez żonę ze wszystkich oszczędności i z rodziny. Faceta, któremu po prostu podwinęła się noga, a który chciałby wrócić do życia społecznego. Jakiegokolwiek przypadku tylko nie alkoholików ciągnących zasiłki.
Kontynuowała: "Jest tu taki pan, który jest zbyt leniwy, aby zmywać naczynia i przynosi mi L4 choć ja mu nie płacę za zmywanie". Dalej mówiła: "Jesteśmy wdzięczni za te dary, ale ci ludzie mają co jeść. Mamy tutaj kuchnię, a ci panowie dostają niemałe pieniądze od państwa (jakieś 230 złotych, z czego 73 złote zabieramy na utrzymanie ośrodka)".

Weszła jakaś ładna dziewczyna ubrana w jeszcze ładniejszą zieloną spódnicę i płaszcz (Odzież? Nie zwróciłem nazbyt uwagi, co to było). Przysłuchiwała się i wymieniła kilka zdań z panią Basią.

A co z pozostałyby 20% zdolnymi do pracy? - Zapytałem.
Mamy tutaj takich czterech panów. U jednego niedawno wykryto wadę serca i właśnie się leczy, więc odpada. Jeden jest tutaj nowy i dostał przepustkę na święta, nie znamy go jeszcze dobrze. Pozostali dwaj nie będą chyba zainteresowani, ale przedstawimy im pańską propozycję. Mieliśmy przypadek, że jeden z panów poszedł pracować jako ochroniarz. Wystawiłam mu dobra opinię, a on po dwóch dniach wrócił pijany do ośrodka i krzyczał, że to koniec roboty. Problem polega na tym, że ci ludzie wolą dostawać 230 złotych za siedzenie na tyłku niż 1200 złotych za pracę. Drugim problemem są pieniądze. Osoba, która zaczęłaby zarabiać 1200 zł, musiałaby oddawać 300 złotych na ośrodek, a nie 73 złote jak dotychczas. Wybuchałyby wojny, że ktoś płaci więcej niż reszta. Oni tego nie rozumieją. Kolejnym problemem są pieniądze, które im zostają. Bardzo wielu ludzi po prostu je przepija, a potem nie wraca do pracy.

Z minuty na minutę byłem coraz bardziej zrezygnowany. Nagle wszedł jakiś wysoki mężczyzna. Znowu dobrze ubrany. "O! Pan kierownik przyszedł!" - krzyknęła pani Basia.

Zacząłem spoglądać na tych biurokratów, na bezdomnych i na siebie. I odkryłem ciekawą rzecz. Wcale nie byłem tak dobrze ubrany, jak oni, a właściwie to wyglądałem jak człowiek klasy czy dwóch klas niżej. Czas chyba zmienić pracę i przerzucić się na "płatny wolontariat". Tak czy siak, wychodząc, chciałem spytać: "Czy państwo pracujecie tutaj, bo chcecie pomagać ludziom, czy po prostu było wolne stanowisko?", lecz się powstrzymałem. Jasne, że w takich ośrodkach nie muszą pracować nędzarze, ale... po prostu mi to nie pasuje. Uważam, że jest to niezgodne z postawą Brata Alberta.

Kierownik stanął w drzwiach a pani Basia pokrótce wyjaśniła, z czym przyszedłem. Gdy skończyła, ten się zaśmiał. Tak po prostu! Nie był to złośliwy śmiech, ale podziałał bardzo demotywująco.
W jego prywatnym gabinecie musiałem trzeci raz opowiedzieć to samo. Nie dowiedziałem się tam właściwie już niczego nowego. Usłyszałem jedynie: "Mamy wiele programów, działamy zgodnie z przepisami, a ci ludzie, gdyby chcieli naprawdę wyjść z bezdomności, zrobiliby to bo mają ku temu wiele okazji. Im się po prostu nie chce, bo mają tutaj za dobrze i nic nie muszą robić." Po całkowitym zdołowaniu mnie dodał: "W poniedziałek organizujemy koło, na którym spotykamy się wszyscy i przedstawiamy różne możliwości wyjścia z bezdomności. Przekażę pana propozycję dwóm osobom, które uważam, są zdolne do wykorzystania tej możliwości".

Końcówka

I wtedy zapytałem czy mogę przyjść na to zebranie. Może pan. Zapraszamy". - usłyszałem odpowiedź.

Zostawiłem swoje dane osobowe, adres fabryki i dane kierownika. Poprosiłem, aby mailowo informowali mnie co się dzieje. Jeśli znalazłby się chętny do pracy, mogę mu zawsze doradzić, podać kilka wskazówek, przypilnować...

Zdołowany zostawiłem swoje paczki w schronisku dla alkoholików ciągnących zasiłki - czyli trafiły do ludzi, którym bym nic nigdy w życiu nie dał. Miałem poczucie spieprzenia misji. Poczucie, że żywność nie trafiła do ludzi potrzebujących. Już lepiej było je przekazać oddziałowi dla matek z dziećmi, które były maltretowane przez mężów, ale przecież nie zabiorę jedzenia bezdomnemu, któremu 40 minut temu je podarowałem.

Wracam do domu. Przed blokiem robię zatoczkę samochodem i widzę żuli grzebiących w śmietnikach. Co za szczęście! - pomyślałem ironicznie - całe dnie wypatrywałem żuli i żadnego nie spotkałem, a teraz jest ich na pęczki. Już lepiej było takiemu podarować to jedzenie aniżeli facetowi dającemu L4, gdy nie chce zmywać brudnych naczyń.

29 komentarzy

28 października 2008, 08:29:39 Wybory parlamentarne 2007

Kategorie: Polityka, życie | 08:29:39

Platforma Obywatelska wygrała wybory parlamentarne 2007, przeprowadzone 21 października. Rządzi nam już rok i tydzień. Z tej okazji, należałoby naskrobać jakieś podsumowanie jej rządów.

Czy ktoś pamięta hasła wyborcze konkretnych partii?

  • Prawo i Sprawiedliwość: ""
  • Platforma Obywatelska: "By żyło się lepiej. Wszystkim"
  • Lewica i Demokraci: ""
  • Polskie Stronnictwo Ludowe: "Porozumienie służy ludziom"
  • Liga Prawicy Rzeczypospolitej: ""
  • Samoobrona RP: ""
  • Polska Partia Pracy: "Dość wyzysku – ludzie pracy razem"

6 komentarzy

25 października 2008, 18:48:25 Nic się nie chce

Kategorie: Ogólne, życie | 18:48:25

Co za okropna pora. Człowiekowi nic się nie chce. W pracy mam spowolnione ruchy, w szkicowniku od wielu tygodni leżą nieopublikowane notatki o OO.o3, HotZlocie 2008, Normanie Davisie, już przestarzałe zresztą. Od września, zapamiętuje karty w Firefoksie, tak, że zużycie zasobów wynosi już 300 MB pamięci RAM. Na pulpicie syf, bałagan dokumentów z oznaczeniem "Important", TODO", a folder "do przerobienia (pulpit)" puchnie z dnia na dzień, tak, że musiałem go przerzucić na nową partycję. Czasu wiecznie na wszystko brak, a gdy wreszcie zaczął się weekend, zapanował okropny marazm.

Do tego dziennikarzyna w radiu, powiedział, że dziś w nocy zostanie mi skradziona godzina wolnego czasu. Najchętniej zapadłbym w głęboki sen i obudził się dopiero na wiosnę.

11 komentarzy

05 października 2007, 22:03:04 Jedyna słuszna opcja.

Kategorie: *Office, Humor, Microsoft, życie | 22:03:04
darmowy hosting obrazków

3 komentarze

04 sierpnia 2007, 11:18:29 Drzewo. Papier.

Kategorie: życie | 11:18:29

Stereotypowo: każdy mężczyzna w swoim życiu marzy o wybudowaniu domu, spłodzeniu syna i o zasadzeniu drzewa. A ja już zacząłem realizować trzeci punkt. Oczywiście, nie takie prawdziwe drzewo ale wirtualne - genealogiczne. Po tym jak dokonałem aborcji na Babci ™, trzeba było przenieść ręcznie dane z drzewa do bardziej dostępnego systemu - niby jest standard GEDCOM 5.5/6.0 umożliwiający import/eksport, ale w przeróżnych aplikacjach (nie) działa to jak CSS w IE.

U Wimmera odkryłem Geni.com, które właśnie testuję. Wykonany we Flashu, po prostu działa, jest intuicyjny i posiada dużo funkcji a przy drzewie może pracować kilka(naście) osób z naszej familii. Brakuje tylko polskiego interfejsu, lecz może i to się ziemi. Szczerze polecam.

Dane do swojego drzewo zacząłem zbierać już rok temu i zauważyłem pewną rzecz. Papier, na którym były wykonane zdjęcia mojego dziadka, pradziadka i prapradziadka (!!) są świetnej jakości. Są w nienaruszonym staniem chociaż są dużo starsze niż ja! A moje fotki z różnych dokumentów, legitymacji szkolnych i kart są na jakimś gównianym papierze, które po zeskanowaniu są wyblakłe i z różnymi skazami.

Dodaj komentarz

18 lipca 2007, 11:00:05 Hipokryzja ludzi na patologie społeczne

Kategorie: Co z tą Polską?, zdrowie, życie | 11:00:05

Nie rozumiem w ogóle dlaczego ludzie bulwersują się na wieść, że matka piła alkohol gdy była w ciąży. Przecież w tym kraju powszechnie akceptuje się palenie kobiet w ciąży, palenie matek przy noworodkach przy spacerach w parkach czy przy małych dzieciach na przystankach, a trucie to jest równoznaczne z truciem dziecka alkoholem

No ale opierdolić palacza nie można bo
a) nikt mu nie będzie mówił jak ma wychować dzieci
b) palacz to święta krowa
c) palacz to taka odmiana polityka, któremu przysługuje immunitet. Zwrócenie uwagi to zamach na jego wolność

Ps. w Japonii kobieta w ciąży z gównem w ustach jest poddawana "publicznemu linczowi" (pogarda społeczna)

1 komentarz

04 kwietnia 2007, 23:31:27 Z różnych perspektyw na to samo...

Kategorie: Co z tą Polską?, Dumanie, Polityka, życie | 23:31:27
Podczas zajęć z historii, mój belfer powiedział kiedyś zdanie o identycznym sensie: "Ludzie za czasów PRLu nauczyli się cwaniaczyć i oszukiwać. Wszystko robili za plecami innych, załatwiali sprawy, a to kupili szynkę a to coś naprawili poza kolejkami. Rosła zależność od koleżeńskich układów, i to niestety trwa do dziś"

Dwa dni później na TVNie w programie "Firma" mówią o polskich przedsiębiorstwach, które rozkręcają interes w Dubaju. Reporter po wywiadzie z polską firmą produkującą puszki mówi: "Aby rozkręcić firmę w Dubaju należy głównie liczyć na kontakty ze znajomymi lokalnymi firmami!"

Jak to się dzieje, że w Dubaju oszukują i jeszcze zarabiają. A u nas działa Szara sieć (?) i nie widać takich wzrostów jak w ZEA.

2 komentarze

Kontakt JID: quest-88@jabberpl.org
@: adres joggera w domenie o2.pl

Kategorie Archiwum
Nawigacja ↑ W górę


BlogRoll
Status

Powered by Jogger